Kategorie: Wszystkie | Curriculum Vitae | Galeria | Strona główna
RSS
wtorek, 06 marca 2007
Dlaczego Zachód zaczyna przegrywać ze Wschodem?

 

            Z własnego doświadczenia wiem, że autora mniej boli, kiedy sam musi skracać własny tekst. Dlatego o odpowiedź na to pytanie poprosiłam kogoś, kto tym tematem zajmuje się na kilkudziesięciu stronach własnej książki „Inne światy, inne drogi”.

            Odpowiada Giełżyński:

            Po pierwsze: wciąż przybywa tych na Wschodzie, chociaż wolniej, a białych ubywa na Zachodzie – i w dodatku się starzeją. Słowem: klęska demograficzna.

            Po drugie: Nie rozumiemy ani istoty ani ogromu różnic, między mentalnością, psychiką, ideami, obsesjami ludzi Wschodu i naszymi. Skoro zaś nie rozumiemy, to stale się mylimy. Jak prezydent Bush.

            Po trzecie: Globalizacja tworzy coraz większą przepaść pomiędzy małymi wyspami wyuzdanego bogactwa a oceanami nędzy.

            Po czwarte: Oni mają wizję triumfu islamu (bądź „państwa środka”, jak deklarują Chiny)

            A my? Nie mamy porywającej wszystkich idei, bo chrześcijaństwo wygasa, wspólnota europejska się kruszy, duma białych wyparowała.

            Po piąte: Oni godzą się pracować za jedną dziesiątą, jedną dwudziestą płacy na Zachodzie, choć pracują starannie i pilnie; czyli nie zdołamy z nimi konkurować.

            Po szóste: Łudzimy się, że takie wartości, jak prawa człowieka, czy demokratyczna równość, są najcenniejsze. Oni wyżej cenią hierarchiczność, interes wspólnoty, a nawet (jak w Indiach) zasadę ludzkiej nierówności, zgodnie z ich podziałami kastowymi. Bo to z głowy bóstwa Purusza, wyszli bramini (kasta panująca), z ramion – szlachta i rycerstwo, z brzucha – stan trzeci czyli kasta kupiecka, a z nóg – robotnicy i chłopi. I tak już ma być zawsze.

            „Inne światy, inne drogi” Wojciecha Giełżyńskiego starczyć by mogły na kilka słowników, gdyby je pod tym kątem podzielić. A zwłaszcza zawarte w tej książce: umiejętność opowiadania (to wielka sztuka, zanikająca i w słowie i w piśmie), zdolność syntezy zjawisk, analizy i prognoz, a wszystko podane z publicystycznym nerwem i z rzadko teraz spotykaną erudycją – przydałoby się i politykom i dziennikarzom, zwłaszcza atrakcyjny sposób opowiadania należy do talentów tyleż towarzyskich, co pisarskich, taki autor nigdy nie nudzi, ani siebie, ani nas.

            Konkluzje Giełżyńskiego nie brzmią zbyt rozrywkowo. Analizując stan i podział światowych zasobów, rozmiary i konsekwencje kryzysu energetycznego, Autor konkluduje:

            Nadciągają okropne czasy. Kiedy obecne przedszkolaki osiągną wiek emerytalny, kto im te emerytury wypłaci, skoro na jednego człowieka pracującego będzie przypadało trzech dziadków? Do tego z braku paliw płynnych przestaną latać samoloty, statki nie wypłyną z portów, stanie calutka motoryzacja, jak będą się przemieszczać ludzie, skoro konie są rzadkością? Rozgorzeją totalne wojny o ostatnie kanistry ropy, może nawet wojny atomowe? Istny Armageddon i totalna klapa!

            Polska, Bogu dzięki, przetrwa dłużej, bo mamy węgiel i umieliśmy, może potrafimy nadal wydobywać go i przetwarzać na paliwo płynne. Mamy i rzepak na domieszki ekologiczne i kartofle oraz buraki cukrowe, z których da się pędzić etanol, lepszy ponoć od benzyny E95. Cała usychająca Europa będzie pielgrzymować pod nasze dystrybutory, wołając zachęcająco: „Nicea o muerte!”, a kongres USA będzie nas wpuszczać nawet bez wiz, o ile uda nam się jakoś przepłynąć Atlantyk.

            Wszyscy będą się do nas przymilać. Szkoda, że tak krótko, bo zaraz nastąpi koniec świa……”
Artystyczne / towarzyskie

A propós Oskara dla Helen Mirren za rolę Elżbiety II w filmie pt.: „Królowa”: już wcześniej mówiono w Londynie (tzn. niewiele później w Warszawie), że Jej Wysokość zaakceptowała właśnie tę aktorkę, ponieważ wiadomo, że z pochodzenia jest również arystokratką: „lubi nas czy nie lubi, ale nas zna” – miała powiedzieć Królowa. Dziadek aktorki, do Rewolucji Październikowej ambasador carski w Londynie, zrezygnował z funkcji i nie wrócił do Rosji, jako arystokrata nie miał tam czego szukać, ani on, a ni jego rodzina. Pozostał na emigracji. Rosyjska arystokracja od pokoleń jest spokrewniona z brytyjską (i nie tylko). A więc i z Dworem Św. Jakuba. Ze zrozumieniem więc przyjęto podziękowanie Helen Mirren pod adresem Monarchini za Oskara: „bez Niej, mnie by tu nie było…”

            A propós związków arystokratycznych: podobno fakt, ale anegdota, opowiada o pewnej starszej pani, skromnej pracownicy naukowej w jednym z instytutów w Moskwie, którą wysłano do Londynu w poszukiwaniu dokumentów w brytyjskich archiwach.

            Starszej pani skończyły się pieniądze, nim ukończyła pracę. Napisała więc do Moskwy prośbę o przedłużenie pobytu. Otrzymała je.

            Po powrocie pytają: Wysłaliśmy wam zezwolenie, towarzyszko, ale nie wysłaliśmy pieniędzy. Jak przeżyliście te kilka miesięcy?

-         Napisałam do kuzynki i poprosiłam o pomoc…

-         Kto to jest ta kuzynka, jak się nazywa?

-         Elżbieta Windsor, w Londynie, Pałac Buckingham…

 

Włosi mówią: se non è vero e ben trovato (nawet jeśli to nieprawda, to jest dobrze powiedziane).

Faktem jest, że nie wszystkich arystokratów w Rosji udało się wymordować w rewolucyjnym zapale. Wiadomo było przez lata o niektórych osobach pracujących dla filmu ale też np. dla dyplomacji. Drobny przykład – w scenie jedzenia lodów w filmowej adaptacji, czy też cytacji, z „Eugeniusza Oniegina”. Były jedzone tak, jak mogła je jeść dama (dobrze przez damę przećwiczona). W naszym filmie scenę tę zagrała aktorka, która te lody zasuwała tak, jakby je jadła z patyka, kupione na ulicy.

Dyplomaci także byli doszlifowywani przez niedobitki byłych arystokratów. Sama dałam się nabrać na przekonanie, że rozmawiam z dyplomatą od pokoleń, ni mniej, ni więcej, tylko w siedzibie ONZ w Nowym Jorku. Mordowałam się po angielsku, a on mówił tak wspaniale, że to właśnie mnie zmyliło. Po kilku latach tenże światowiec pojawił się na lotnisku w Moskwie, obok mojej koleżanki z tamtejszej telewizji, która wyjechała mi na spotkanie. Był jej mężem od lat. Ja przyleciałam jako osoba towarzysząca delegacji artystów na filmowy festiwal.

Fatalne, prawda? Przyznawać się do czegoś takiego, to prawie jak studiować w MGIMO...

Se non è vero è – chyba - ben trovato.

 

Pozdrawiam, c.d.n.

wtorek, 20 lutego 2007
My, tubylcy…

 

Nawet jeśli nie wszyscy o tym wiemy, jesteśmy już tak traktowani. Mamy własnych kolonialistów, którzy teraz w naszym kraju odświeżają wspomnienia o urokach kolonializmu, jako, że dawne kolonie całkiem niedawno (w sensie historycznym) potracili. Kupili sobie - całkiem niedrogo - tłum, którego języka nie życzą sobie znać a własnych nazwisk nie życzą sobie tłumowi udostępniać. Nie mają adresów, nie mają telefonów, nawet do sekretariatu, mają natomiast pośredników, tak usłużnych, że w niektórych przypadkach aż służalczych. A w innych przypadkach tak uprzejmych, że aż aroganckich.

            Wytresowali ich nad podziw, w nic nie znaczących banalnie uprzejmościowych zwrotach i w zamierzonym niezrozumieniu treści, jakie w listach przekazują ich – pożal się Boże – „klienci”. Odpowiedzi na te listy robią wrażenie jakby w ogóle nie były czytane albo czytane i ignorowane, a za to powiadające na coś, z czym klient się nie zwracał. Nieodparte wrażenie robi to, że dział odpowiadajmy na listy nie jest tym, do którego się pisało. Nasuwa się więc podejrzenie, że pracownikom korespondującym z klientami

 

nie wolno odpowiadać merytorycznie, bo korzystają z listy tzw. „gotowców”, które autorsko przypasowują do poruszanych problemów.

 

            Robi się z tego pisany dialog głuchych a skutki takiego porozumiewania się nazywano kiedyś w języku polskim „rozmową gęsi z prosięciem”. I takie też są tego skutki.

            Jeśli klient powiadomi np. STOEN, że potrafi sam raz w miesiącu obliczyć ilość zużytych kilowatów (od 1 lutego br. po 0,3235 groszy za kilowat, dodać do tego 10 zł. np. za dwufazowy licznik) i tę rewelację przekazać telefonicznie, listownie lub faksem, oni odpisują, że „ich doświadczona kadra fachowców znakomicie potrafi doradzić, jak to należy robić”…

            Jeśli klient (będę upierała się przy tej nazwie, bo przecież nie „poddany”) protestuje np. przeciwko skomplikowanym mapom sztabowym, nazywanych przez nich „fakturą” (słowo „rachunek” nie przechodzi im przez gardło – takie nienowoczesne?), oni przesyłają zdjęcie popularnego serialowego aktora, który zapewnia, że te zawikłane topografie są szalenie łatwe, aż dziw, że nie nazywają się „mapami drogowymi”. Tyle samo mają wspólnego z odnośnikami w języku polskim.

            W środowisku znana jest mniej więcej kwota, za którą coś takiego staje się dziecinnie proste, ale też nawet środowisko – artyści i inni – potrafi dojrzeć, że

sumy, których domaga się kolonialista za zużycie prądu są powiększane o drugie tyle. A to drugie tyle, kolonialista każe swym służbom nazywać „prognozą”

            Skąd wiedzą, że klient np. nie zamierza wyjechać na najbliższe dwa miesiące? – To ich tajemnica, pewnie nazywana „handlową”. Może więc słusznie unikają słowa „rachunek”, bo doświadczona kadra mogła im uświadomić, że po polsku było by to

bardzo bliskie słowu: „rabunek”

            Nie znalazłaby się w blisko 40-milionowym kraju druga mądra, dzielna i odważna Anna Streżyńska?

Zanim się znajdzie, proponuję listy tej treści (np. STOEN, ERA, TP.S.A. i inne):

 

„Akceptując wysokość waszego rachunku za energię zużytą, protestuję przeciwko naciąganiu mnie na „prognozę”, ponieważ nie jestem w stanie z mojej nędznej emerytury kredytować w nieskończoność i bez tego bogatej firmy. Bez poważania…”

Policzcie Państwo, i wyobraźcie sobie - 9 milionów takich listów!

Co jest dla starych dziennikarzy?

            Na ekranie wywiad z premierem Berlusconim. Kto prowadzi? Blondynka z dekoltem sięgającym brzegów mini, z pionowymi zwisami w uszach, które to kandelabry sięgają aż do ramion? Nie, starszy pan, dużo starszy od premiera. Dlaczego? Bo ma wiedzę, doświadczenie, skojarzenia, pamięć, wie  o  c o  i  j a k  z a p y t a ć.  Nie myli mu się wywiad z przesłuchaniem.

            Konferencja prasowa Prezydenta Stanów Zjednoczonych. W licznym gronie dziennikarzy długo zdobywającym to uprawnienie ani jednego nieopierzonego młodzika płci jakiejkolwiek. Dlaczego? Jak wyżej. I także dlatego, że taka funkcja należy się dopiero dojrzałym, doświadczonym, starszym dziennikarzom. Oni wiedzą nawet to, jak na takie spotkania należy się ubrać. Na pewno nie w dżinsy i nie obwisłe swetry. W sposobie formułowania pytania też można umieć się zachować. Albo nie.

            U nas zawsze musi być odwrotnie, niż gdzie indziej. Każda nowa władza wymienia sobie garnitur dziennikarzy na nowy i młodszy. W rachubie, że młodzi będą wdzięczni za szanse i awanse, niekoniecznie wypracowane. Że są wdzięczni, daje się zauważyć, ale to, że nie pomagają – także. Dlaczego? Bo nie potrafią trafić w złoty środek pomiędzy wdzięcznością a służalczością.

            A tymczasem, na przykład profesjonalny wywiad upoważnia do rezygnacji z tak fundamentalnych pytań, jak:

-         gazeta X zamieściła to i to. Co pan na to?

-         Polityk Y powiedział to i to. Co pan na to?

-         Badania firmy Z mówią… A pan?

Przyjmijmy, że to są atrybuty młodości. Po coś musi w uchu siedzieć sufler…

Starzy?

 

            Profesor Władysław Bartoszewski. 85 lat. Podziwiać, gratulować i dziękować Bogu, że sprawny, żwawy, celny, szybki i mądry. Ad multos Annos!

            Benjamin Franklin, wprawdzie piorunochron wynalazł mając zaledwie 46 lat, ale mając 70 był jednym z autorów Deklaracji Niepodległości, a mając 78 wymyślił okulary dwuogniskowe.

            Goethe – mając 81 skończył pisać „Fausta”.

            Roentgen – miał 71, kiedy odkrył promienie X.

            Reagan, miał 69, kiedy został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Na dwie kadencje.

            Takich będzie coraz więcej i coraz bardziej będą przeszkadzali tym, u których się na coś podobnego nawet nie zanosi. Wchodzenie w taką starość wymaga rozumu, aby właściwie obchodzić się z własnym organizmem, własnym zdrowiem wogóle i szczególnie z własnym mózgiem. No i genów, jakby nie było. To dopiero „układ”, co?

            Pisze „ono” i co ważniejsze, drukuje! Że za parę lat bez niego, dwudziestoparolatka i bez jego kumpli, nie odbędzie się żadna poważna dyskusja w Polsce. Voila, panowie będą uprzejmi, choć nie jestem pewna, czy będziecie jedynymi, których ludzie zechcą czytać i słuchać. Pisze jeszcze (i drukuje), że „aby dokonać sądu na poprzednim pokoleniu” (?!)… a dalej, że „dla ludzi urodzonym po roku 1970-tym rozliczenie z przeszłością rodziców jest warunkiem ruszenia do przodu” (?!)… I tak dalej, pogratulować samopoczucia.

            Nie mam nic przeciwko temu, żeby panowie osądzili własnych rodziców za to np., jak was nie wychowali. I jeśli wam na to pozwolą. Ale już nawoływanie do linczu pokolenia waszych dziadków, bo w zawodzie źle się prezentujecie na ich tle… No cóż, nieuzbrojonym okiem widać, kto zamawia, kto kwituje i czym.

            To co powyżej nie znaczy, że

STARZY DZIENNIKARZE NIE MAJĄ OBOWIĄZKÓW

            Po pierwsze: im już na pewno nie wolno a nawet nie wypada tumanić ludzi. Nie wolno kompromitować gazety, w której odbiera się autorstwo definicji prawnej żyjącemu prawnikowi i autorowi dzieł z zakresu tej nauki, aby je przypisywać nieżyjącemu już jego uczniowi, bo to gazeta potem się wstydzi i rezygnuje z autora.

Nie kompromituje się kolejnego dziennika wmawiając jednopłciowy „mariaż” wybitnej postaci świata lekarskiego z uczniem, też „kimś” w medycynie, tyle, że właśnie w tych dniach stojącym pod pręgierzem. Wybitna postać występuje w „mariażu” pod tytułem, imieniem i nazwiskiem, uczeń – ukrywany jest pod inicjałem. Tymczasem

słowo „mariaż” znaczy „małżeństwo”,

z francuskiego „mariage”. Dawno temu grywano także w „mariasza” – to były karty. Tego właśnie starszemu dziennikarzowi nie wolno nie wiedzieć, bo teraz skolei dziennik się wstydzi. Nie prognozuję, co dalej.

            Średni dziennikarz, już nie młody, jeszcze nie starszy, taki w sam raz, także powinien uważać, zwłaszcza, że jeszcze ma kogo pytać. Kiedy wybitny prawnik posługuje się pojęciem: „kodeks Boziewicza”, to na pewno nie ma na myśli kodeksu Bohdziewicza, tak jak z nagrania chciała zrozumieć dziennikarka, bo jej się skojarzyło z nieżyjącym już reżyserem filmowym. Kodeks Boziewicza określał, kogo było wolno i kto miał prawo wyzywać na pojedynek (nawiasem mówiąc w większości krajów od dawna zakazane). Dotyczył on wyłącznie osób o „zdolności honorowej”, a więc szlachty, później lekko uchylał szczelnych drzwi.

            W ten to sposób przepadła świetna riposta prof. Mariana Filara, która brzmiała:

 „Pani w istocie pyta, jak kodeks Boziewicza

zastosować do dwóch górali, którzy leją się sztachetami.

Nie da się go zastosować”.

Z tej właśnie przyczyny i jeszcze paru innych, kodeks Boziewicza nie jest już aktualny i nawet średni dziennikarze o nim nie słyszeli.

            Natomiast średni i mniej średni powinni jednak zwrócić uwagę na to, że radio to nie jest miejsce aby mówić „SZEJSET”, zamiast „SZEŚĆSET” oraz „KILKANAŚCIE DZIECI” zamiast KILKONAŚCIORO, KILKUNAŚCIORGA a nawet, o zgrozo: KILKUNAŚCIORGU DZIECIOM. Zbiera się czasami KILKANAŚCIE dziewcząt, lub dziewczynek, ale za to KILKUNASTU chłopców. Swoją drogą jest tyle pięknych zawodów, w których tego wszystkiego nie musi się wiedzieć…

 

Państwa pozdrawiam, cdn.

Ale proszę wybaczyć, jeszcze drobiazg.

 

Do natrętnego hakera z Wikipedii:

Jeśli nie przestanie obrzucać mnie obelgami znanego pochodzenia, a już wszyscy znają wasze metody oskarżania ludzi wam niewygodnych o wasze własne uczynki,

 

znajdę go i będę ogłaszała długo, ze szczegółami, plus portret pamięciowy (i nie tylko)

To żadna trudność, żeby potem nie szlochał, że nie ostrzegałam.

Z właściwymi (pod tym adresem) wyrazami, ID

Co naprawdę jest w przepisie pani Stefanii?

Dodatek Specjalny:

 

            Żeby cokolwiek zrozumieć, to po pierwsze: musi mówić tylko jedna osoba a nie dwie lub trzy razem z nią. To w ogóle jest niezła szkoła informowania o czymkolwiek.

            Po drugie, należy mówić wolno, bo ludzie nie dążą zapisywać.

            Po trzecie: należy dopytywać o szczegóły. Oto skutek:

 

NALEWKA:

- 4 łyżki stołowe ziół rozmarynu

- 2 łyżki stołowe ziół lawendy

- Pół litra spirytusu (nie podbierać!)

- Ciemna butelka a jeszcze lepiej słoik

- Może stać w kuchni przez 10 dni

- Wstrząsać codziennie

- Po 10 dniach płyn odcedzić

 

DAWKOWANIE:

3 razy dziennie nalewki po łyżeczce od herbaty, po jedzeniu, rozcieńczyć w kieliszku (jednym!) przegotowanej, lekko ciepłej wody.

Przy nadciśnieniu, uwaga, uwaga!

3 razy dziennie po 5 kropli nalewki na pół kieliszka przegotowanej lekko ciepłej wody, także po jedzeniu.

 

A JESZCZE LEPIEJ POWIEDZIEĆ LEKARZOWI, CO SIĘ ZAMIERZA< POKAZAĆ TEN PRZEPIS I ZAPYTAĆ, CZY MOŻNA.

 

MA POMAGAĆ NA:

-         krążenie (ale nie na zawał!)

-         trawienie (ale nie na skręt kiszek!)

-         dolegliwości reumatyczne (ale nie na zwyrodnienia!)

-         na przeziębienie (nie na zapalenie płuc!)

TONIK

Jeśli chcemy mieć tonik do twarzy: do wyciśniętych ziół dodać 1 litr ostudzonej przegotowanej wody. Zostawić na 3 dni. Przelewać w miarę potrzeby do buteleczki w proporcji: 1 łyżeczka na pół szklanki wody i tak jak tonik – przechowywać w łazience. Tę większą ilość także.

            Od Pani Stefanii życzenia zdrowia, a odemnie dla Pani Stefanii – ukłony.

czwartek, 08 lutego 2007
Niezmienność wśród barw?

 

Kilka dni temu pewna kobieta zakończyła rozmowę słowami: „Przynajmniej ma Pani co wspominać, takie ciekawe życie”.

Lata temu napisała do mnie młoda dziewczyna z prośbą, abym przysłała mi suknię, w której pracowałam w Telewizji w Sylwestra: „Bo chciałabym mieć Pani szczęście”.

O tak… Życie było nawet ciekawsze od chińskiego, a szczęście – daj Boże co drugiemu.

Kiedy Państwo żądają ode mnie prywatnych wspomnień, to nieśmiało przypominam, że sporo ich zawiera moja książeczka (wywiad – rzeka á rebours, czyli „onize mną”) i nosi tytuł: „TERAZ JA…” Ta książka żyje już drugim życiem, mogą ją Państwo za psi grosz kupić właśnie w internecie. Ale dzisiaj wymaga ona właściwie drugiej książki, która by rozkodowywała inicjały, skróty, omówienia, kamuflaże. W połowie października 1992 roku, kiedy się ukazała, to rozkodowanie nie było możliwe i może Państwo rozumieją, co mam na myśli.

 

 

I tak: Istniała na rynku tylko dwa tygodnie, bez reklamy, bez promocji, a po dwóch tygodniach została skonfiskowana jeszcze w hurtowniach. Tłumaczenie? „Bo źle się sprzedawała”.

A potem zaczęły do mnie dochodzić opinie: „wicie – rozumicie”, ”starsza kobita” ma obsesję, że  k t o ś  ją prześladuje.

To wszystko, co opowiedziałam w tej książce, mówiłam od 35 lat, mniej więcej. Wtedy nie byłam jeszcze „starszą kobitą z obsesjami”. Co więcej, nawet dziś mi się wydaje, że nią jeszcze nie jestem. Przepraszam, jeśli kogoś zdenerwowałam.

 

W tej książce zadano mi pytanie:

„Czy może Pani wskazać te momenty w biografii, które zdecydowały o karierze, życiu osobistym, o Pani losie? Miało coś wpływ na późniejszy splot wydarzeń i konsekwencji?”

Owszem, miało wpływ pewne wydarzenie a w nim – moje zachowanie.

Oto to zdarzenie.

Bywało się wówczas w „Kameralnej”, przy ul. Foksal, niedaleko klubów architektów i dziennikarzy. Mój mąż zaprosił mnie tam na kolację. A różniła się ta „Kameralna” tym, że można było potańczyć.

Właśnie poszło o taniec. I o „honor”. Było nas pięcioro przy stoliku: niezapomniany do dziś a wówczas ogromnie popularny Janusz Minkiewicz – satyryk, tłumacz, poeta, autor librett i w ogóle – postać, do dziś niezastąpiona. Janusz Osęka, dziennikarz i także satyryk, Kazimierz Korcelli - pisarz i dramaturg oraz mój mąż – prosty inżynier i ja – prosta dziennikarka, podówczas radiowa.

Nie pamiętam, czy orkiestra kończyła przerwę, czy dopiero zaczynała grać, ale przy pierwszych taktach, przed naszym stolikiem pojawiło się trzech oficerów. Chwieją się lekko, ale salutują.

-         Dziękuję, nie tańczę – mówi Minkiewicz.

Zero reakcji. O tym, że nie prosi się kobiety do tańca, gdy jest ona w męskim towarzystwie i ma z kim tańczyć gdyby chciała, najwyraźniej nie słyszeli.

Korcelli: Pani nie tańczy, ponieważ, jak Panowie widzą, właśnie je kolację.

Salut permanentny.

Z punktu widzenia szanującej się kobiety, nie powinnam się odezwać, ale zaczęłam tłumaczyć. Dopóki siedzę, mogę wydawać się w porządku. Ale jeśli wstanę, to będę miała 170 cm własnego wzrostu plus 8 centymetrów obcasów. Nawet do ramienia żaden by nie sięgnął. Nic.

W tym momencie włącza się mój mąż, który znał na pamięć wszystkie powiedzonka Minkiewicza i: „rozumiem, że panowie chcą się bawić za moje pieniądze, bo to ja płacę za tę kolację?”

Wyszli. Wśród ciszy tupot podkutych butów. Dwaj milicjanci: „Pójdziecie z nami”. Wyprowadzają mnie i mojego męża, wiozą do Pałacu Mostowskich i w jakiejś piwnicy zaczyna się przesłuchanie. Urodzony, urodzona, ojciec, matka. Mój ojciec bandyta w lesie, jego ojciec w UPA. Oni wszystko wiedzą i najwyraźniej próbują w coś trafić. „poczekaj, ty k…., wyplujesz razem z zębami to, że odważyłaś się obrazić mundur”. Żona? Jaka żona? „K….., nie żona”. I jeszcze: „Zgnijecie tutaj, zanim was świat zobaczy”.

I tak przez kilka godzin, na zmianę honor i kloaka. Wcelowałam w moment, w którym zabrakło mu głosu od wywrzaskiwania wyzwisk. I rozpoczęłam wykład:

„Publiczny dancing to nie to samo co wiejskie wesele, na którym każda dziewucha ma obowiązek tańczyć z każdym parobkiem, bo inaczej dostanie po gębie. Nie prosi się w publicznym miejscu kobiety, która jest w towarzystwie i nie przyszła tam szukać znajomości. Nie będzie mnie uczył manier ktoś, kto sam o nich nie ma pojęcia. Panowie sami obrażają mundury, usiłując w publicznym miejscu zmusić kobietę do świadczenia sobie towarzyskich usług. Gdybym nie była żoną tylko przyjaciółką, już mielibyście prawo mnie tak traktować?”

Jak się później okazało, to była właśnie metoda tych panów. W ten sposób „rwali baby”, aby po ciężkich stresach zapewnić sobie „odpoczynek wojownika”, jeśli Państwo domyślają się, o co mi chodzi.

Ten wykład zakończyłam słowami: „W każdej chwili możemy wam dostarczyć nasze świadectwo ślubu…”.

Jechać! Warknął najniższy z nich. Pojechał milicyjną suką, przywiózł dokument, przepisali sobie dane. Kazali podpisać „tajemnicę”, po czym „wynosić się, ale już…”. Ani słowa przeprosin.

Ten akt afery się zakończył. Ale rozpoczął następny. Trwa do dziś. Bo żyje jeszcze ciężko obrażony na honorze munduru potwór, któremu popsułam plany na jeden wieczór.

            Podobno funkcjonuje jako warzywo. Ale ma przecież podkomendnych. Już któreś z rzędu pokolenie.

Kiedy Stefan Bratkowski pisał o „najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy” i powstał z tego niezapomniany serial telewizyjny, myślałam, że mógłby powstać inny, o podobnym tytule: „Najdłuższa wojna formacji, powołanej do ochrony państwa, z jedną babą w nowoczesnej Europie, która się stawia”. Takie określenie o sobie słyszę od dziesięcioleci.

Moi radiowi koledzy, wysłuchawszy całej historii, mieli dla mnie jedną radę: „Idź do partii. Idź tam i opowiedz dokładnie wszystko, to co nam. Nie do pomyślenia, żeby oni tak traktowali ludzi”.

Nie trzeba mi było tego powtarzać dwa razy. I obym nigdy takiej rady nie posłuchała. Po wielu latach w towarzyskiej rozmowie usłyszałam tę historię i pointę: „To była znana historia w wojsku, kapitan K. został za to z wojska wyrzucony”.

Nie trzeba mi było tego powtarzać dwa razy i dlatego cała ta sprawa zawisła nad moim życiem: zawodowym, osobistym, najczarniejszym z czarnych PR-ów, jakie w naszym kraju towarzyszą jednej kobiecie od dziesiątków lat. A teraz ujawniła się nowa uroda służb, mianowicie schizofrenia, która im pozwala za odmowę tańca mścić się za obrazę munduru i honoru przez kilkadziesiąt lat, niszczyć za to życie, a równocześnie, jeśli chcą komuś w naszym kraju zaszkodzić najbardziej - ogłaszają go jednym, jedną ze swoich.

Mówi prawnik: „Ta schizofrenia, to nie jest nieuleczalna przypadłość, ale zamierzony, precyzyjnie stosowany chwyt”. Co smutniejsze, myślę, biorą w nim udział, wprawdzie jeszcze nie opierzone, ale młode orły dziennikarstwa.

            I kiedy Pani mnie pyta, „czy ogólnie rzecz biorąc życie spełniło moje oczekiwania”, odpowiedziałam i w książce i tutaj powtarzam:

„Ogólnie rzecz biorąc – tak.

Zapomniało tylko podać cenę”.

Bo bywa tak, że jedno wydarzenie i jeden sposób zachowania decydują o reszcie życia.

Pozdrawiam, c.d.n.
poniedziałek, 22 stycznia 2007
O logorei i przyspieszeniu

 

Dziennikarstwo to zawód służebny, ale nie znaczy że usługowy. Jeden krok dalej, a może być służalczy. Wtedy na pewno nie będzie dziennikarstwem, tylko lokajstwem.

            Tę definicję sformułowałam sama i dlatego proszę: nie opowiadajcie, „ktoś kiedyś powiedział…”, „gdzieś wyczytałem”, albo „”Mówi się, że…”.

            Treść samą warto aby zapamiętali, którzy szturmują teraz pozycje zawodowe w dziennikarstwie usługami czy wręcz służalstwem.

Była, wiadomo, „czarna dziura” (inaczej mówić nie wypada) ale to ja zaczynałam pracę w dziennikarstwie za komuny i ja wiem,

że ani mi nikt nie kazał, ani sama nie wpadłam na to, aby pozycję w zawodzie wyrąbywać sobie donosami na starszych kolegów.

Byli dla nas wzorami, uczyli nas zawodu (naturalnie byli z innej epoki, z kapitalistycznej…) ale ileż wiedzieli! Ich obecność w redakcjach sprawiła, że mimo wojny (!) nie została przerwana ciągłość pokoleniowa (a teraz już jest przerwana), było komu mówić: „nie tak synku, nie tak córciu, to trzeba ująć inaczej, w takich sytuacjach należy zachowywać się tak i tak… Przeczytaj sobie to i to, macie wszyscy spore luki. Ty na przykład ze swoją dwu, trzyletnią praktyką nie masz prawa jeszcze z tak wysoka orzekać, z takich schodów spoglądać z góry…”

26-latkowi, najwyraźniej cierpiącemu na logoreę (dwie strony druku w gazecie, z tego kilka akapitów jest coś warte, choć nie odkrywcze, reszta wody to wierszówka, plus koniecznie „fotka”),  „bo co winien temu misio, że jest taki śliczny…”, teraz wypada publicznie pytać, czy 35-letni polityk jest dojrzały, bo jemu, 26-latkowi wydaje się, że nie…

Niby co 26-latek może cokolwiek wiedzieć o dziennikarzach, którzy 60 lat przepracowali w zawodzie, nie donosząc? Rodzice z księgowości mu odpowiedzieli, czy dziadkowie z roli? Czy to oni kazali ustawiać do odstrzału „agentów”?

Nieuzbrojonym okiem widać, że

musiał to robić „autorytet” z prawdziwie agenturalną przeszłością. I z wiedzą, że najbardziej opłaci się nagradzać z a r a z !

            A zaraz to znaczy: otworzysz lodówkę – wypada Karnowski, odkręcisz kran – wyleci Karnowski, rządowe sukcesy w kraju i za granicą – zreferuje Karnowski, czystki moralne – Karnowski, zepsucie młodzieży – Karnowski (tu akurat może coś wiedzieć), brak zahamowań w parciu do sławy i kasy – także Karnowski.

*   *   *

            Pewną semantyczną ciągłość z moją początkową sentencją znalazłam niedawno w cytacie:

„prawdziwymi szkodnikami w mediach są aktualni agenci służb specjalnych, a nie dawni o których teraz tak głośno”

(Sylwester Latkowski, dokumentalista)

 

            Należy sprostować drobiazg: Dawni agenci są już dawno na bardzo dobrych emeryturach, my o takich możemy tylko pomarzyć, a to z naszych składek je mają, bo sami nigdy nie wpłacili grosza na ZUS ani żaden inny fundusz. Moralnych czyściochów najbardziej denerwują ci jeszcze czynni. A ci – zanim się „oczyszczą” przed dziennikarską młodzieżówką, wcześniej zwolnią miejsce z przyczyn naturalnych.

Obecni!

            To tacy, którzy pozytywnie przeszli lustrację w roku 1990 a potem następni, stopniowo, stopniowo instalowani w mediach, aby podpatrywali dziennikarskie zachowania, sposoby mówienia, swoisty język. Niekoniecznie akurat na dziennikarzy szykowani, raczej do rządzenia dziennikarzami, na kierowników takich czy innych pionów, produkcji, menedżerów programowych, słowem osoby mające wpływ na program, decydujący o programie. Tacy przy kolejnej zmianie, witają nowych szefów chwilę przed ich przyjściem usadowieni w gabinetach jako zastępcy. Oni są ważniejszymi od donosicieli  a g e n t a m i  w p ł y w u. To oni nowych szefów orientują, odkrywają zawiłości systemu, tajniki produkcji, reagowania na sygnały władzy, są doradcami do spraw personalnych, zwalniają i przyjmują. Telewizja kilkadziesiąt lat karmiła kogoś takiego. Dobrze karmiła…

            W radiu, w 2005 r. już właściwie się nie krępowano… Niemal codziennie pojawiali się młodzi ludzie, podpisywali angaże. Wiadomo było tylko, że za wysokie pensje. Gdzie się potem podziewali? Tego właśnie nie było wiadomo. Zaczęliśmy się domyślać, że z punktu widzenia służb

ta metoda jest bardziej racjonalna.

 

            Po co mają „pozyskiwać”, pouczać, nauczać, pilnować, aby nie zrywali się ze smyczy, aby nie zaczynali stawiać żądań, a to awansów, a to pieniędzy na życiowe kłopoty, a to wyjazdów na różne światowe imprezy jako – pożal się Boże – jurorzy (mieliśmy kiedyś takiego „artystę”, dopiero z jego pamiętników dowiedzieliśmy się, gdzie jeździł, w jakim charakterze…), a to mieszkań, bo inni – chociaż nie ze służby – już mają, po co te podchody i zachody, po co klęski kiedy odmawiają dalszej współpracy, a wówczas bieda z fantazjowaniem w raportach…

            Znacznie bardziej racjonalne jest szkolenie od razu w resorcie (czytałam, że gromadny jest teraz pęd młodych w tamte szeregi. Przy takiej promocji?) a potem wstawianie do różnych mediów, gdzie do niczego nie trzeba ich ani nakłaniać ani namawiać, wystarczy rozkaz, wystarczy polecenie służbowe.

           

Zauważało się od dawna,

 

            że esbecy bardzo lubili występować pod dziennikarskim „przykryciem”. Pewnie z tego brało się przekonanie ich szefów i władzy w PRL-u, że każdego można mianować dziennikarzem.

            I rzeczywiście: słyszę w radio, kilkoro ich paple od rana: „Książka pani Zofii Kużowej”. Piszę z błędem specjalnie, aby odróżnić. Pół Krakowa dzwoni do radia, że Pani Profesor była wybitną polonistką, autorką wielu książek, pan Andrzej Kurz był przez lata prezesem słynnego Wydawnictwa Literackiego (a nawet wiceprezesem radia i telewizji, kiedy te dwie instytucje były jeszcze razem). A oni nazwisko niemieckiego pochodzenia, które wymawia się „Kurc” – „Kurcowa” i które znane jest od lat polskiej inteligencji, wymawiają jak „Kuż”, „Kużowa”, bo im się nie kojarzy. A zwrócić im uwagę? Z wściekłością rzucają na biurko książkę i warczą: przecież napisane jest Kużowa, nie?

Na wszelki wypadek w następnej godzinie mówią już tylko o „Słowniku synonimów”, czujnie omijając nazwisko autorki.

            Będą dziennikarzami? Pewnie, że będą……..

Pozdrawiam, cdn.

 

PS. Z wdzięcznością trzeba zachować w pamięci wszystkie prace Pani Profesor a szczególnie „Słownik synonimów” oraz "Polszczyznę Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich do 1939 roku". To bardzo ważna cezura, bo od lat przyjeżdżają tu Ukraińcy, którzy zaciągając, próbują nam Lwowiakom wmówić, że mówią „po lwowsku”. Tłumaczę niemieckie powiedzenie: „Tę różnicę chciałabym umieć zagrać na fortepianie”. ID

czwartek, 21 grudnia 2006
Ale nowina...

 

Mówi satyryk: żeby zakazać robienia kariery przez łóżko, trzeba by zamknąć telewizję i zakazać robinia filmów.

Mówi reżyser: przyjeżdżają zaproszone na casting, a nawet do czekającej już roli i dziwią się, że ja nie reflektuję na seksualną obsługę…

A ja pytam: kto je tego uczy?

Tak trudno było przewidzieć, że badanie DNA może wypaść nie po myśli? Tak trudno przewidzieć, że podniosą się głosy, aby je powtórzyć w niezależnych od siebie laboratoriach?

I że jeszcze paru pożal się Boże „amantów” trzeba by poddać takim testom? One powinny być regułą z a n i m podniesie się tumult, a nasze „bożyszcza kobiet” dziwnie od nich stronią…

            Czy to słuszne, że mówi się o jednej kobiecie, która jest szantażowana, że nie będzie miała czym nakarmić dzieci? A te dzieci, to skutek dzieworództwa czy egoizmu prymitywnych, nieodpowiedzialnych samców?

            Od lat słucham o tym, czytam w setkach listów, i patrzę na to w tzw. „środowisku”. I nie od dziś rządzący, wybierani także przecież przez kobiety, potrafią powiedzieć: „nie, bo jest np. za młoda (albo za stara) i jest kobietą”. Kilkadziesiąt lat temu sama też usłyszałam: „Nie, dopiero jak się postarzeje i zbrzydnie”. Co nie przeszkodziło szowiniście wystartować wkrótce w roli amanta… Czy mam dodawać, że był to falstart? Przecież za coś otrzymałam etykietę „ona się stawia”… Jest używana do dziś. Jak stempel.

            Szanowne Panie, stawiające pod pręgierz jedną, o której krzyczą media, nie pomyślały, jak w świetle afer „praca za seks” jawić się mogą  i c h  „kariery”? W radach, gremiach, klubach, biurach, dyrekcjach, sekretariatach, ławach?

            Może więc nie te kobiety piętnować, które są szantażowane, ale tych mężczyzn, którzy szantażują, niezależnie od wyników badań DNA? Nie musieliby szantażować, Nawe nie musieliby gwałcić, gdyby umieli namówić. Nawet tego nie potrafią, ale wszystko im się należy

            Może by w końcu powiedzieć głośno, że nie o jedną kobietę chodzi i nie o pojedynczy przypadek. Jak kraj długi i szeroki, a drabina społeczna wysoka, jest to od zawsze praktyką, obyczajem, zwyczajem. Męskim egoizmem i samczą pogardą dla kobiet, czego małe samczyki uczą się już w domach.

            Nie każda potrafi się postawić, większość nie może sobie pozwolić na cenę, jaką za to przyjdzie płacić. Długo.

*   *   *

Nasz język obcy

            Język jak wiadomo twór żywy, ma prawo się rozwijać, tylko dlaczego za jego rozwój biorą się ci, którzy go nie znają? Którzy połowy słów i określeń w prasie, w telewizji i radiu nie rozumieją? A skoro nie rozumieją, nadają im takie znaczenie, jakie przyjdzie im do głowy? Albo z obcego języka przekalkowują znaczenie, którego też nie znają?

            Słownik Wyrazów Obcych: MOLESTOWAĆ, po łacinie MOLESTO, znaczy: nudzić ciągłymi prośbami, naprzykrzać się. I tyle.

            To co Amerykanie nazwali „molestowaniem”, w polskim języku ma dwa określenia. Stopniujące: NAPASTOWANIE SEKSUALNE, co oznacza propozycje, nagabywanie oraz WYKORZYSTYWANIE SEKSUALNE, co jest już działaniem. Jedno i drugie jest karalne. Szkoda, że nie może być karalne zaśmiecanie i plątanie polskiego języka, zwłaszcza publiczne.

*   *   *

Kto nie lubi Saskiej Kępy?

            Trudno zrozumieć, dlaczego ilekroć pisze się o Saskiej Kępie, która od lat (nie lubił jej Władysław Gomułka) wegetuje jak niedawna Litwa przy niedawnym Związku Radzieckim, troskę kolejnych Państwa Radnych ogranicza się tylko do ulicy Francuskiej, tzn. od Ronda Waszyngtona do Zwycięzców. Dalej jest także Saska Kępa i prosto, w jednej linii z Francuską: Plac Przymierza (który już nie jest placem) do Meksykańskiej, Paryska do Brukselskiej i Brukselska do Ateńskiej, która w stosunku do tej prostej linii jest poprzeczną.

            To nawet krócej niż cała Francuska, a razem tworzą to, co tak lubią nasi „amerykaniści”: Main Street Saskiej Kępy.

Dlaczego właśnie ten odcinek ma być zaniedbany? Przecież na nim Państwo Radni nabywają mieszkania i dla siebie na raty, w dziesięciopiętrowcach (w willowej dzielnicy, na budowę których wydają zezwolenia*) a niektórzy nieostrożnie nie kryją apetytu na istniejące od lat domki, albo na miejsca po nich… Władza, jak to władza – ma instrumenty, a w poniektórych nawet instynkt walki klasowej jeszcze płonie. „To wszystko jest moje” – mówi. – „Ja was stamtąd wykurzę” - mówi…

Na Saskiej Kępie także wyonacza się pojęcia językowe: przydzielony jeszcze do Francuskiej, funkcjonuje pewien ansztalt gastronomiczny. W pewnej gazecie, w każdej zamieszczanej o nim wzmiance, pojawia się określenie: „kultowy”. Słownik Wyrazów obcych: KULTOWY – związany z kultem, oddawaniem czci bóstwu, z religią, wyznaniem, religijny, obrzędowy.

Ten ansztalt wraz z klientelą, otoczeniem, wnętrzem widzianym z ulicy, z tymi określeniami tyle ma wspólnego co Saska Kępa z Pragą Południe, mniej więcej.

*   *   *

* Niestety, niedobre proroctwa sprawdzają się szybciej: już zaczęły się podchody pod domy, domki na działkach, wzdłuż nieparzystej strony Brukselskiej: „może by można Państwa wykupić, działki połączyć?” i… co wybudować? Na podstawie zezwolenia na 3 – 4 piętra apartamentowce od 6 – ciu do 10-ciu pięter!

Jak ta Saska Kępa wciąż drażni…

Szczęśliwych Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim

I.D.
środa, 06 grudnia 2006
A kogo mają wskazywać?

Panią Kurzpietowską z trzeciej klatki? Wskazują nas, bo nas zna publiczność, bo trzeba odstrzelić starych dziennikarzy: za dużo wiemy, za wiele pamiętamy, za dobrze kojarzymy, za wiele umiemy, a warsztatowo i intelektualnie wciąż jesteśmy lepsi od młodzieżowych bojówkarzy. Trzeba nam odebrać prawo wykonywania zawodu, abyśmy przestali być tak drażniącym tłem dla ich bezpardonowego parcia na szkło i po gwiazdowanie.

            Ja miałam już przerwy w wykonywaniu zawodu: przed, w trakcie i po stanie wojennym (marzec 1981 – październik 1983), którą zafundowałam sobie sama, a potem, kiedy wyrzuciła mnie z telewizji Terentiewa – 10 lat z okładem (wrzesień 1991 – maj 2002), kiedy obowiązywał wobec mnie nieformalny, ale jednak zakaz pracy zawodowej. A przecież nigdy nie miałam tzw. stanowiska, miałam pozycję zawodową… I o to szło wtedy, i o to idzie dzisiaj. W sumie pauzowanie trwało 12 i pół roku. Teraz ma się zacząć od nowa? Może to już dożywocie?

            Dziennikarstwo nie jest tylko pracą, jest zawodem. To z pracy idzie się na emeryturę i znika z powierzchni życia. W zawodzie emerytura jest tylko umocowaniem socjalnym, a zawód uprawia się, dopóki chodzi głowa i dopisuje zdrowie. Walter Cronkite, nestor amerykańskiego dziennikarstwa telewizyjnego, po 81 roku życia wydostał się wreszcie na emeryturę, a i to przynajmniej raz w tygodniu  m u s i  komentować aktualne wydarzenia. I tego „sędziwego” chce słuchać cała Ameryka? Nie do przyjęcia dla „młodzieżówki”…. Naszej.

            Jeśli paniom Gargas i Kani, które na fali „moralnej odnowy” wcisnęły się do telewizji publicznej wydaje się, że po zlinczowaniu mnie, same zostaną Irenami Dziedzic, mogę je życzliwie przestrzec: „Lasciate ogni speranza, voi ch’entrate” (a kogo to, kogo zacytowałam?). Od 26 lat różne damy ogłaszają, że właśnie zaczynają prowadzić „Tele-Echo”. No i co? Może do tego potrzeba czegoś więcej, niż tylko parcia na szkło i właściwego poparcia? Nawiasem mówiąc, w środowisku nic nie wiadomo o tym, aby właśnie tych pań telewizja publiczna z samozaparciem poszukiwała.

            Skoro już jesteśmy przy nawiasie: może zechcą państwo zauważyć drobną, ale znamienną manipulację: paniom latającym w powietrzu z wędliną, ich progeniturze, należy się tytuł: dziennikarka, dziennikarz telewizyjny, prawda? Ja – mogę być określana tylko jako „prezenterka telewizyjna”. Wobec mnie takie określenia jak redaktorka, publicystka, komentatorka, felietonistka (ostatnie 4 lata w Polskim Radio I), nie przejdą przez gardło, nie spłyną spod palców na klawiaturę. Czyżby to był sposób na głaskanie wątlutkich męskich ego?

            „Pani Dziedzic” – to może być sąsiadka z klatki albo osoba u której państwo kupują ser. Mnie wystarczy, bo zapracowałam, bo mi się należy „redaktor Dziedzic”. Może być bez imienia, nie kwapię się do przechodzenia z kimkolwiek na „ty”.

PS I. W sprawie „skały tarpejskiej” z poprzedniego odcinka, pytają państwo, co to miało znaczyć. Proste: tak jak z tej skały zrzucano skazańców, tak obchodzono się również ze starcami. Widocznie z właściwego źródła wyszło odpowiednie hasło – przy pomocy moralnego linczu unicestwić, usunąć z życia dziennikarskich seniorów, sprawnych i zdrowych.

Pozdrawiam, wkrótce c.d.n.

*   *   *

PS II. Odpowiedź Panu Mateuszowi Sosnowskiemu, „Dziennik Polska – Europa – Świat”, wyd. AXEL SPRINGER POLSKA: Jestem pod wrażeniem Pańskiej propozycji, ale sorry, nie mogę być nią zainteresowana. Po „Newsweek” – owym haśle do linczu z 5 czerwca br. (autor Karnowski, naczelny Wróblewski), nie mogę ryzykować kontaktów z ludźmi z Axel Springer Polska, bo byłoby to dla mnie tyleż niehonorowe co niebezpieczne.

IRENA DZIEDZIC

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6