Kategorie: Wszystkie | Curriculum Vitae | Galeria | Strona główna
RSS
poniedziałek, 25 czerwca 2007

 

Będą pozdrowienia specjalne dla

Pana Pawła Bosky al Tango

a podziękowania szczególne za informację, że moje teksty wyrażają to, co on myśli. Stwierdzam, Młody Człowieku, że ma Pan przed sobą przyszłość, nawet jeśli ten sąd sformułował Pan instynktownie a nie np. naukowo.

Jest bowiem marzeniem każdego i każdej, którzy zajmują się dziennikarstwem, publicystyką, pisarstwem, krytyką, recenzjami, aby właśnie

„właściwe dawać rzeczy słowo”,

a to znaczy m.in. tak formułować, aby tę formę uznali za swoją dla swojego myślenia wszyscy ci, do których jest skierowana. Nie mógł mi Pan sprawić cenniejszego prezentu na moje właśnie minione urodziny (20 czerwca o 2.20 nad ranem). Bóg zapłać!

Pozdrawiam

makowka9  wraz z tymi, w których imieniu, Ikroopka, Gość: Basia i dziękuję po lwowsku.

„ta da Pambóg zdrowi, a Matka Boska piniendzy” (fon.).

            Do Koridiany mam słówko: Twoja babka Jania albo konfabulowała, albo coś w stosunku do kogoś przesunęło się w jej pamięci. Nie chodziłam z nią razem do szkoły z tej prostej przyczyny, że ona – sorry – była jednak nieco starsza (a może to była Twoja prababka? Dla mnie różnica żadna)? I w dodatku mogła chodzić do szkoły na Wileńszczyźnie, bo ja we Lwowie. I nie do publicznej, wówczas zwaną powszechną, ale do prywatnej.

            Opowieści o „małej Irce, która postanowiła zostać damą” także chyba powstały długo, długo ex post. Owszem,

można będąc niską brunetką

postanowić zostać wysoką blondynką,

wystarczą 10-cio centymetrowe obcasy i perhydrol na głowę. Według moich obserwacji, dama nie powstaje jako skutek postanowienia, ale wychowania, środowiska, w którym wzrasta, otoczenia, które obserwuje i wzorów, które w tym otoczeniu damę określają. Oraz, nie ma co kryć, pewnego rodzaju tresury, nazwijmy ją towarzyską. Właśnie w takim otoczeniu nawet nie przychodzi jej do głowy postanowienie zostania damą a już na pewno nie tak, aby to zapowiadać. Może mówić: chcę być taka jak Pani X, albo – będę taka jak ciotka Zuzia…

            I to byłoby na tyle - lecąc Stanisławskim -  w kwestii etymologii i genealogii damy. Poza tym sentymentalne wspomnienia o rodzinie Szydłowskich z ulicy Paryskiej na Saskiej Kępie.

A propos: jeszcze do niedawna żadna dama nie pisała listów bez post scriptum, więc: będąc „małą Irką” miałam szczery zamiar i właśnie to zapowiadałam, że zostanę zakonnicą. Na co Siostra Zygmunta, jedna z naszych wychowawczyń i nauczycielek, pukając palcem w grzbiet dłoni uspokajała moją poważnie zaniepokojoną Mamę: „Tu mi kaktus wyrośnie, jak ona tą zakonnicą będzie”. A ja do dziś się zastanawiam, skąd wiedziała. W wieku lat między 8 a 9 byłam oburzona, że te dwie panie, jedna w habicie, druga w kapeluszu, planują moją przyszłość bez liczenia się z moimi projektami.

Niestety, muszę ogłosić

konkurs na precyzyjne określenie takiego działania, które niedawno obserwowała cała Polska, szykująca się od pewnego czasu na muzyczne wspomnienia i melodyjne radości: na wieczór twórczości Seweryna Krajewskiego. Przepięknej twórczości wybitnego melodyka, prawdziwego artysty. Co usłyszeliśmy? Masakrę. Krzyki. Mijanie się z nutami. Tak zwane nowe aranżacje, które tę muzykę pozbawiały muzyki, zmieniały jej rytmy. Z nielicznymi wyjątkami głosy, które powinny mieć policyjny zakaz wydobywania się z gardeł, a szczególnie publicznie i szczególnie za pieniądze.

Co widzieliśmy? W miarę rytmiczne przestępowania z nogi na nogę (prawa do lewej, lewa do prawej), chórkowo-grupowe potrząsanie biustami. W sumie – te nogi i te biusta jako środki wyrazu. Zapytałam pewnego młodego człowieka, który od pewnego czasu taktownie, oszczędnie, ale daje sygnały męskich zainteresowań: „Jest dla Ciebie atrakcyjny ten sposób prezentowania kobiecości”? „Może, gdyby pojedynczo” – zastanowił się…

            Dla porządku – dobra scenografia, z oddechem. Inteligentna praca kamer, inteligentny realizator. Wyjątkowo elegancka publiczność, pod każdym względem. Dobry pomysł, aby zrezygnować z przypadkowych zapowiadaczy, bo tak się porobiło, że ani kogo pokazać, ani kogo posłuchać. Już samo wprowadzenie chyba najbardziej przypadkowe sprowokowało pełne zdziwień pytania: Co to było? W każdym razie było to zejście przez całą scenę w drugą stronę, zamiast w najbliższą kulisę. Więc jak nazwać tych, co w imię „teraz tak się gra” -  a może z zawiści? - a może ze zdewastowanego słuchu na harmonię i melodię w muzyce? zmasakrowali nam wspomnienia a młodym wmówili, że muzyka to krzyki, tam-tamy i dżungla.

            Pozdrawiam w zadumie, c.d.n.

środa, 30 maja 2007
Miasto z wsiową wkładką

 

Z pozdrowieniami dla duchów pradziadków – i oto ciąg dalszy.

 

Ahoj, „Pod Pretekstem”!

 

Miasto z wsiową wkładką

 

Taką już nam zrobili wiochę ze stolicy, że nie tylko złote ale i diamentowe tarasy w metropolię jej nie zmienią. Że każdy każdemu jak na przystanku PKS-u, gdzie od pokoleń ci sami się spotykają, może zadać każdemu najbardziej osobiste pytanie o wszystko: „Nie mogę napatrzeć się na pani zęby. Napewno są prawdziwe? A te włosy, napewno pani nie siwieją?” Obca kobieta obcej kobiecie, bo „od razu panią poznałam”. Albo: „Dawno pani nie widziałam”. Przysięgłabym, że widzę po raz pierwszy, tę jejmość, która właśnie się przysiadła. „I z pieskiem pani nie widzę…” – ciągnie dalej. „Nie ma już pieska – staram się być uprzejma – miał 19 lat, pierwszy rok przeżył w schronisku, w moim domu 18”. „A tutaj mówią, że pani tego psa otruli, bo pani na kościół nie płaciła…”

            Takie damy podróżują teraz stołeczną komunikacją.

            Zareagować, jak zasługują - podniosą krzyk, że chamstwo.

            Jeśli Państwo myślą, że to takie miłe, ciągnąć za sobą telewizyjny ogon, od tylu lat będąc poza telewizją, są Państwo w „mylnym błędzie”, jak mawiał pewien klasyk.

            „Bo my wolimy, jak pani jest trochę więcej, jak nie jest pani taka »sucha«…” To personel okolicznych rezydencji, też imigrantki.

            I zastanawiaj się człowieku, albo kobieto, co nie dla wszystkich oznacza to samo, co to znaczy na wsi „sucha”? To – zdaje się – znaczy, że się źle powodzi. Bo jak dobrze się powodzi, to trzeba nosić minimum 20 kilo nadwagi (inaczej: tłuszczu).

            A te haracze za posady bez kwalifikacji, przynoszące powyżej 10 tysięcy miesięcznie, to skąd się wzięły w miastach? Ano, razem ze wsią, bo to honor nie pozwala za przysługę tylko podziękować, honor, to znaczy, że trzeba się odpłacić i nie wytłumaczy się tego żadnemu „przywódcy”, że to zwyczajna korupcja.

            Zabrakło posad dyrektorów i kierowników, prezesów? Każdemu doda się po jednym na razie zastępcy i swojacy zatrzęsą miastami.

            Już trzęsą.

            Tak to z koalicyjnych dopełniaczy rodzi się siła rządząca, przygarnięta jako dopełniacz właśnie.

            A ziemia po PGR-ach pójdzie pod apartamentowce. W szczerym polu. A wyrzuci się jednego naiwnego to: „KRUS będzie istniał nadal”, nie płacący na ubezpieczenie rolnicy, niejednokrotnie z milionowymi dochodami, nadal będą leczeni za pieniądze biedniejących z dnia na dzień emerytów, w bezsilnym zdumieniu dowiadujących się, jak to z dnia na dzień jest im lepiej.

            Żeby to nie było takie smutne, byłoby bardzo śmieszne. Co najmniej jako nowy temat ideologiczny a ściślej –

nowa kość rzucona gawiedzi,

żeby ideologicznie skoczyła sobie do gardeł. O pornografię teletubisiów tym razem, które dotąd nie tylko dzieciom, ale i dorosłym z jakąkolwiek płcią się nie kojarzyły, dopóki jedna niedopieszczona kobietka (medialnie, medialnie), nie wymyśliła dla siebie vehiculum, aby – jak inna, za sprawą owsa – też stać się sławną.

            W Parlamencie Europejskim homerycki śmiech. Jeszcze jeden powód, żeby z nas się śmiano. Niebawem na otwarciu każdej sesji, jako pierwsze zgłoszone będzie pytanie: co dziś śmiesznego wymyślili Polacy? (Jak kiedyś w tureckim parlamencie, kiedy Polskę rozdarli zaborcy, pytano: Czy przybył poseł Lechistanu? Jego miejsce czekało puste.)

            A, że wybrance narodu damska torebeczka się kojarzy? Nieprzywoływana odżywa stara anegdota o żołnierzu, któremu skojarzyła się chustka do nosa: z prześcieradłem, a prześcieradło z kobietą, a kobieta… itd. „Melduję posłusznie panie kapralu, że mnie się wszystko z tym kojarzy”…

W Białej Podlasce, oraz we Włoszczowie…

 

czyli – oni tak mówią, jak oni śpiewają i jak oni tańczą.

Gdyby wolno było tak odmieniać tę pierwszą nazwę, musiała by brzmieć Białapodlasko, a ta druga – Włoszczów. Że oni nie wiedzą o odmianie: w Białej Podlaskiej i we Włoszczowej, a mimo to gadają w radio, że w tym samym radio trzepie językiem facet, bo jest „sławny” z autorskiego programu w telewizji! To i tak dobrze, że go tylko słychać a nie widać, chociaż nie rozumieć. Przez ekrany przepychają się tłumy osób aż do bólu „niewizyjne” – nie szkodzi. Naród podobno kocha oglądać siebie na tym szkle. Te tłumy ruszą wkrótce na Łotwę, Ukrainę, Białoruś, w kupionych za nasz abonament sieciach radiowych, a ulubieniec seniorit Targalski pokieruje tym projektem. Podbije nieprzepartym wdziękiem (I urodą! I urodą!) cały Słowiański Wschód. Kobieca część tamtejszej populacji już wije wianki i stawia kwietne łuki triumfalne na powitanie tego – jakby nie było – Murdocha naszej sąsiedzkiej szerokości geograficznej.

            Choć teraz,

dzięki „muzyce” naszej epoki, czyli łomotowi, fałszują wszyscy,

poczynając od dzieci w przedszkolu, które nie potrafią czysto zaśpiewać kotka na płotku, po emanację narodu w parlamencie, niemiłosiernie fałszującą i Jeszcze Polska i Boże coś Polskę. Strach pomyśleć, jak by im teraz wyszło Wyklęty Powstań Ludu Ziemi.

            Wiadomo było od zawsze, że im dalej na Wschód, tym lepsze głosy i piękniejsze chóry a teraz nawet Rosjanie, na święcie państwowym w tym roku nie potrafili zaśpiewać czysto państwowego hymnu! Głuchota dotarła i tam, Aleksandrow przewraca się w grobie.

            Bezczelność we wmawianiu ludziom, że serwuje im się „wydarzenie” muzyczne czy taneczne, osiągnęła Himalaje. Nikt w tym programie nie zaśpiewał nie fałszując, tak jak nikt przy akompaniamencie podobnego zuchwalstwa nie zatańczył jakiegokolwiek tańca, nie skacząc, nie szarpiąc i nie odgrywając mimicznie treści. Z wyjątkiem Krzysztofa Tyńca, który zadanie potraktował po aktorsku. I był najlepszy. Chociaż… Na prawdziwym balu, nie aż tak po aktorsku tańczyło się walca angielskiego, a szczególnie nie tak partnerowały prowadzącym – panie. Panie – a nie „tancerki”, które dopiero co zeszły z rury i tylko przyspieszyły częstotliwość, podrzucając, czym się dało.

            A w ogóle, czy ktoś pamiętał w tym programie, jaką walc angielski miał drugą nazwę? Boston, proszę Państwa, Boston. Pozbawię Was argumentu – ta wiedza to nie tylko sprawa mojego wieku, ile środowiska, w którym ten taniec tańczono, właściwie.

            Osobna rzecz, to jury, ach jury! Zdolne osoby, a do końca nie ukryły tendencyjności, ani wcześniejszych ustaleń. I po co to forsować na siłę osobę po przejściach, której taniec najwyraźniej życiowym osiągnięciem nie będzie? A na pewno posiada inne talenty. Aby poprawić jej samopoczucie, czy aby dołożyć kochasiowi, który w siną dal? Albo podlizać się wpływowemu sponsorowi z tendencjami wobec innej, z przeproszeniem, „tancerki”? Czy jest możliwe, aby osoby od lat odnoszące zawodowe sukcesy, nie usłyszały co trzeciej sąsiedzkiej nuty? Nie dostrzegały skoków i podskoków zamiast tańca? A to wszystko po to, aby panie w kiosku następnego dnia powiedziały: „Widziałam Pana wczoraj w telewizji, ślicznie Pani wyglądała”. Tak dobrze płacą? Taki dobry catering?

Na ogólne życzenie publiczności

 

            Coś z historii telewizyjnych przygód: gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych zaczęły nadchodzić listy od młodej osoby, wyglądało, że uczennicy. I jak to w podlotkowym wieku, pełne adoracji i wyznań, a wśród tych wyznań zwierzenia o poważnej chorobie. Że bezruch, że gipsowa wanna, najwyraźniej potrzeba zainteresowania kogoś, bądź co bądź, w końcu obcego. Przychodziły te listy skądś, z głębi kraju. Potem prace okresowe, roczne, a potem nagle z Warszawy. Studentka. Znaczy – już zdrowa.

            A potem dzwonki u drzwi, na progu „bukiecik tych fiołków”, osoby brak. Potem wyznania, opisy i recenzje: okien, balkonu, firanek, uchylonych drzwi balkonowych, moich wyjść i powrotów, prace semestralne. A potem te listy zaczynały się od słów: Kochana Mamo, Mamusiu. Postanowiłam nie czekać, co będzie dalej.

            Adres zastrzeżony, a dla studentki nic trudnego, własna mamusia być może nie odpowiada aspiracjom. Wyznania coraz bardziej krępujące.

            Napisałam list do opiekunki roku, z prośbą o pomoc. To molestowanie trwało już kilka lat (i tu to słowo użyte jest właściwie – bo to znaczy: natręctwo i nagabywanie). Mnie wydawało się postępującą dewiacją, niebezpieczną dla młodej osoby, tylko brakowało, żeby zaczęła rozgłaszać, że jest moją córką. Wystarczyłoby wśród koleżanek.

            Są różne sposoby na psucie opinii…

            Mój list sprawił, ze ustała nękająca korespondencja, ale nie ustało nachodzenie.

            Któregoś dnia znów dzwonek, na progu kwiatek, zbiegające po schodach kroki, a moja Osoba Do Sprzątania woła: niech pani idzie, ona patrzy  w górę, jest na ulicy!

            Rzeczywiście, obie patrzyłyśmy, jak odchodziła.

            Osoba Do Sprzątania: „Ona ma pani figurę…” Potem będzie donosiła, że patrzyłam ze smutkiem. A co innego mogła wymyślić Osoba Do Sprzątania?

            Jasne, porzuciłam, nie chciałam znać własnego dziecka. Za taki meldunek można już było domagać się rekompensaty.

            Ta o mojej rzekomo figurze zajęła się emablowaniem innych znanych kobiet. Oczywiście, została dziennikarką (nie ona jedna, za której wybory zawodu ponoszę odpowiedzialność). Oczywiście, dostała się do telewizji. Na jakiś czas. Nadal jest czepliwa i właźliwa. I to, co sobie załatwia, załatwia być może w ten sam natrętny sposób. Bez przerwy opowiada o mężach. Nie przestaje paplać o seksie.

            Nie wie do dziś, że od dawna ją kojarzę.
Wraca refren

 

Dziwnie ostatnio popularny staje się refren, pióra Magdy Czapińskiej:

 „Wsiąść do pociągu, bylejakiego

Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet,

Ściskając w ręku kamyk zielony,

Patrzeć, jak  w s z y s t k o  zostaje w tyle…”

A Szef mówi, że dawno w Polsce nie było tak spokojnie i tak dobrze.

            Komplementy dla obsługi informacyjnej Szefa.

            Dawno temu w Ameryce nazywało się to Gazetą Hearsta. Tylko dobre wiadomości.

            I tak trzymać.

            Pozdrawiam, c.d.n.

sobota, 21 kwietnia 2007
Spokojnie, oliwa – sprawiedliwa

 

Szanowny i Szanowany, Podziwiany,

Panie Profesorze, na Boga, niech się Pan nie tłumaczy, a jeśli już to przed właściwą instancją, byle nie przed oszczercą, który - jak oni wszyscy – nie ma odwagi stanąć przed Panem, ale bardzo chciał stanąć przed kamerą!

            Jeszcze trochę, a będzie wiadomo, jak po takim ataku należy się zachować i czy czasem Panu nie będzie trzeba czegokolwiek udowodnić, a nie Pan będzie udowadniał, że nie jest wielbłądem.

            Niedługo też – proszę to zaobserwować – jak będzie awansował ten Pański samozwańczy czy delegowany detektyw – śledczy – prokurator – sędzia w jednej osobie. Przecież on wyciągnął właściwe wnioski, obserwując jak to: z nieznanego bytu, za rzucenie obelgi awansuje się, już to na stanowisko codziennego komentatora wszystkiego i wszędzie, już to do niedawna nikomu nieznanego brata upycha się na stanowisko wicedyrektora czegokolwiek, z perspektywą rychłej placówki gdziekolwiek, byle za oceanem. Niedługo pewnie dowiemy się, gdzie został dyrektorem, bądź głównym reżyserem, bądź nadredaktorem; jakiś teatr, jakaś telewizja, jakieś radio w ostateczności, aby tam, z tą porażającą męską urodą zażądać baletu młodych „lasek”, żeby zamiast „starych bab” tańczyły wokół niego oferując usługi wszelakie. I nareszcie będzie mógł bezkarnie posługiwać się

językiem menela na statusie inteligenta,

bo taki język staje się właśnie główną wykładnią słuszności poglądów. Wszelakich. Mogą go nawet za to szybko wyrzucić, ale już będzie w nomenklaturze, a to się zawsze liczyło…

            Proszę także zauważyć, jak znowu zbiegło się kolejne polityczne zawirowanie z kolejnym znanym nazwiskiem (Pańskim mianowicie), rzuconym do obróbki mediom i publiczności. Być może to, co się dzieje teraz, jest ważniejsze, niż nam się wydaje, skoro padło aż na Pana!

            Ileż spraw załatwia się przy okazji? Błoga oliwa na złość pominiętych, na frustrację zmarginalizowanych, na przestępujących z nogi na nogę jeszcze niezauważonych, którym już obiecano: potrafią, nie potrafią, ale już, zaraz, będą decydowali. O Panu, o mnie, o wszystkich, którzy urodzili się przed 1972 rokiem, bo w ten sposób odbywa się – europejska rzec można – wymiana pokoleń! Przecież słychać już jej skutki w radio i widać w telewizji. Widać już skutki wymiany takich jak Pan humanistów na tych, z którymi będzie się budowało mosty, drogi, autostrady i stadiony, czyli na  t e c h n i c z n y c h!  Co więcej, to my będziemy musieli się uczyć ich języka, który coraz bardziej językiem polskim nie jest.

Cokolwiek powiemy, sygnał został dany, proces trwa.

           

A ja będę się upierała, że to co obserwujemy i co ma nami potrząsać, niekoniecznie jest tylko polityką. Według mnie bardziej jest charakterologią, niż polityką, w niektórych wyraziście manifestujących się przypadkach, jest wręcz charakteropatią.

            Jeśli tak, to zemsta  m u s i  być mylona ze sprawiedliwością. Gdzie drwa rąbią…

Nie wiem, jak Pan Profesor, ale ja próbuję sobie teraz przypomnieć, czy na pewno głosowałam na rąbanie drew. I mnie, przy okazji. Bo ja akurat ponoszę konsekwencje tego, że opowiedziałam się  z a  lustracją. W moim zawodzie.

Za lustracją, nie za anihilacją.

            Atak na mnie nastąpił właśnie po tym, jak to zrobiłam.

            Albo zdenerwowałam albo wystraszyłam tych, którzy tam zostali - im nic nie grozi, bo nastali po sezonie.

Ale nie traćmy nadziei, może przecież zdarzyć się tak, że powstaną takie sądy, przed którymi będziemy mogli upomnieć się o prawdę (która nas wyzwoli). I o naszą krzywdę. Sądzić będą – oczywiście – korzystający z łaski późniejszego urodzenia (ten termin wymyślili Niemcy i brzmi on: „Die Gnade des späteren Geburt”) i referentem, bo przecież nie prokuratorem, też będzie ktoś spośród nich, ale już objaśniać im tło historyczne, sytuacyjne, socjologiczne, polityczne i dziesiątki innych związków przyczynowych - słowem adwokatem, będzie musiał być ktoś, kto zna epokę, ówczesne mechanizmy, historię, psychologię itp.

            Przy okazji anegdota, ale z życia wzięta. W 1964 r. byłam w grupie dziennikarzy na konwencji wyborczej w San Francisco, do której to grupy podszedł słynny Sam Goldwater, i z jego udziałem, po naszej prezentacji, odbył się taki dialog:

            On: - Wy jesteście z Polski?

            My: - Tak jest, jesteśmy.

            On: - Wyście mieli, te, no, obozy koncentracyjne?

            Ja: - Tak, mieliśmy niemieckie obozy koncentracyjne w Polsce.

            On: - Powiedzcie mi, dlaczego ci ludzie nie brali sobie adwokatów?

Przyznają Państwo, anegdota tyleż humorystyczna ile ponura. Ale dowodzi, że nie trzeba nawet różnicy pokolenia, aby następcom nie kojarzyło się wiele spraw.

Wracając do wyobrażanego sobie ewentualnie sądu: jeśli na przykład teraz wymyślą Panu jakiś pseudonim, o którym nie miał Pan i nie ma pojęcia do dziś, a będzie to pseudonim w spadku po jakimś autentycznym agencie, to kwity znalezione na tamtego agenta, będą mogły być przypisane Panu?

Miejmy jednak nadzieję, że jeśli powstaną takie sądy, to lustracja przed nimi, oczyszczanie się przed nimi z pomówień, obelg i krzywd, będzie taką, w których oskarżenia, dowody oraz ich  a u t o r z y  będą znani  t a k ż e  oskarżonym, a nie tylko oskarżającym, znacznie wcześniej znającym wyrok. Mogły by nazywać się "lustracyjnymi sądami odwoławczymi" i nie musiały by wypatrywać tych spraw w natłoku innych, o ukradziony rower czy nie zwrócone długi.

Przeczytane:

„Fundamentaliści dlatego są tak męczący, że nie prowadzą dialogu, potrafią tylko rozkazywać, albo walczyć między sobą albo represjonować wszystkich pozostałych, którzy nie chcą interesować się ich zabawami…”

Tyle na dziś, pozdrawiam wszystkich, dziękuję za odwiedziny.

c.d.n.
czwartek, 29 marca 2007
Zamilczeć na kolejne 50 lat?

 

Wcale nie o lustracji myślę, ale o Anglikach, którym potrzeba było 57 lat od zakończenia wojny, aby w 2002 roku wystękali wreszcie, że to nie oni, ale Polacy wymyślili i skonstruowali narzędzie, które sojusznikom pomogło uniemożliwić zapanowanie nad światem niemieckiej nawały (podobnie jak w roku 1920, także Polacy zatrzymali bolszewicką nawałę w marszu na Europę).

            To narzędzie nazywało się ENIGMA (słowo pochodzi z greki, oznacza zagadkę, do dziś używane np. w formie „enigmatyczny”, czyli „zagadkowy”).

            Było ich trzech, polskich matematyków, którzy tę maszynę do rozszyfrowywania kodów wymyślili jeszcze w latach 30. zeszłego stulecia. Wymyślili ją dlatego, że właśnie w tym czasie Niemcy szykując się do wojny, skonstruowali maszynę do kodowania i przesyłania tajnych informacji… (w myśl później ujawnionego hasła: „Alle Räder müssen rollen für den Sieg” – „Wszystkie koła muszą toczyć się dla zwycięstwa”).

            Co można przeczytać w świetnej skądinąd książce „NIEWIDZIALNI ŻOŁNIERZE” wydanej w zeszłym roku przez wydawnictwo „Amber”, na stronie 31-ej?

„…raporty… zawierały ściśle tajne informacje wywiadowcze, ODKODOWANE PRZEZ BRYTYJSKICH SZYFRANTÓW, KTÓRZY ZŁAMALI KOD NIEMIECKIEJ MASZYNY SZYFRUJĄCEJ  ENIGMA…”

 

            Fakt, nasze encyklopedie przez lata omijały to hasło (chyba w obawie, żeby się nie narazić sojusznikom, którzy np. nie dopuścili polskiego wojska, zwłaszcza polskich lotników, do powojennej parady zwycięstwa w Londynie, a pewnie także, aby nie irytować „sojuznikow”, których polski udział i w ofiarach i w zwycięstwie tej wojny też nie był potrzebny).

            Ale w tymże samym roku 2006 – wcześniej, zanim ukazali się „NIEWIDZIALNI ŻOŁNIERZE”, w encyklopedii opracowanej przez Wydawnictwo Naukowe PWN, a wydanej sumptem „Gazety Wyborczej”, to hasło się pojawiło (teraz cytat będzie trochę dłuższy, ale warto wiedzieć):

„… (replika niemieckiej  e l e k t r o m e c h a n i c z n e j  maszyny szyfrującej, zbudowana w polskim ośrodku dekryptażu w Pyrach koło Warszawy, umożliwiała  m e c h a n i c z n e  rozkodowywanie treści niemieckich depesz.

W lipcu 1939 r. po jednym egzemplarzu ENIGMY przekazano Wielkiej Brytanii i Francji. We wrześniu 1939 r. polską grupę dekryptażową ewakuowano z Polski i zainstalowano we Francji. Nasi matematycy współpracowali ściśle z Anglikami, którzy na podstawie dzieła polskich kryptologów zbudowali ośrodek nasłuchowo – dekryptażowy, przechwytujący treść niemieckich depesz do końca II wojny światowej. Umożliwiło to aliantom poznawanie treści rozkazów i planów operacyjnych Niemców”.

            Można i należy rozumieć, że tłumacza i wydawnictwo obowiązują rygory umowy, ale gwiazdkę i odsyłacz do tekstu:

„…odkodowanie przez  b r y t y j s k i c h  s z y f r a n t ó w, 

k t ó r z y  z ł a m a l i  k o d  niemieckiej maszyny szyfrującej ENIGMA…”

można by wprowadzić, choćby powołując się na Anglików, bo jednak ujawnili prawdę na 4 lata przed polskim wydaniem książki. Choćby na to! Ale to tylko dowód, jak skutkuje likwidowanie przez zamilczanie – zdarzeń, wydarzeń, spraw, ludzi – w ogóle prawdy a przede wszystkim historii.

            „NIEWIDZIALNI ŻOŁNIERZE” Philipa Gerarda to książka napisana przez Amerykanina i tak napisana, jak musi się pisać w Ameryce, aby w ogóle być wydanym – przez losy pojedynczych ludzi - na tle całości i o całości. Opowiada ona, właśnie opowiada, a nie spisuje czy sprawozdaje – o mistrzach iluzji i dezinformacji, o tajnym oddziale w II wojnie światowej, który tak jak w ścisłej tajemnicy powstał i walczył, tak tuż po wojnie, także w tajemnicy rozpłynął się w nicości.

„Ich głównym zadaniem była dezinformacja przeciwnika, złudzenia optyczne, triki – fałszywe komunikaty radiowe, blef, sztuczki dźwiękowe, rozmaite „zniknięcia”, a wszystko obliczone na skłonienie wroga, aby robił to, czego chcieli Amerykanie. Byli w tym dobrzy – ich ostatnią sztuczką było zniknięcie z kart historii”

PS. Narodowy Bank Polski niedawno przywrócił pamięć o polskich matematykach: Marianie Rejewskim, Jerzym Różyckim i Henryku Zygalskim. Wydano dwu-, dziesięcio-, i stuzłotowe monety i wystawiono w Muzeum Techniki w Warszawie. Jest tam także jedna z oryginalnych polskich wersji ENIGMY z lar 30. O innych honorach dla tych ludzi – którzy de facto położyli solidne podwaliny pod zwycięstwo sojuszników (znać rozkazy operacyjne wroga, to było, jak świat światem, marzenie wszystkich dowódców), powtarzam – o innych honorach dla tych Panów, lub tylko dla ich pamięci, lub tylko dla ich rodzin – nie słychać.

 

Posłyszane:

            „… przecież te wszystkie awantury wywoływane są celowo. Teraz, przynajmniej dwie w tygodniu, bo jedna poruszy ludzi góra na dwa dni, a potem trzeba rzucić następną kość. To nie jest informowanie opinii publicznej o dziejących się aferach, zbrodniach, przestępstwach, to jest  z a j m o w a n i e  uwagi społecznej po to, aby nie interesowała się tym, czym nie powinna…”

            A może to już sukces, że mamy własnych fachowców od takich machinacji i eksperymentów na społecznej świadomości? Uściślijmy: eurofachowców…

 

Przeczytane:

            O popisach wschodnich nuworyszy (franc. nouveau rich, pol. parweniusz, dorobkiewicz), którzy bogatemu Zachodowi od niedawna dają lekcję kultury, życia i użycia (zapalanie studolarówką cygara, to już nędzny amerykański banał), których to lekcji rozmiar sprawia, że za pokojówkami w najeżdżanych hotelach musi chodzić ochrona, aby bronić je przed seksualnym rozjuszeniem i gwałtami. Wschodnia „dama” z pogardą ocenia zazdrość Francuzów o to, że nie potrafią bawić się tak, jak jej rodacy i pokpiwa sobie z właściciela hotelu w Alpach, któremu ręce się trzęsą przy otwieraniu butelki szampana za 15 tysięcy euro…

            Policja francuska, jeśli ma do czynienia z rozpasanym wschodnim miliarderem, oczywiście uwierzy jego zapewnieniom, że nie zajmuje się on sutenerstwem, a kilkanaście młodych i pięknych kobiet wozi za granicę nie dla zarobku – niby po co miliarderowi zarobek – ale, uwaga: na potrzeby własne oraz grona przyjaciół… Na potrzeby!

            Nawiasem mówiąc, medycyna od dawna jest świadoma zależności pompowanego w organizm alkoholu od nasilenia „tych potrzeb” (bardziej w wyobraźni, niż możliwości ich realizowania w rzeczywistości). Zalkoholizowani ogniści kochankowie, to jest to, o czym śnią po nocach wszystkie kobiety świata, nieprawdaż?…

 

Pomyślane:

            Kiedy ludzi ogłusza rzeczywistość i ta realna i ta konstruowana, kiedy mają dość zamętu, krzyków, podsłuchu, fałszywych oskarżeń, fałszywych donosów, ubeckich konfabulacji i tej całej amatorszczyzny, włącznie z czystkami pokoleniowymi – niewykluczone, że może przyjść kolej na przykład na rudych? - ludzie mówią: dosyć,

wojny nie ma, dlaczego mam żyć na polu bitwy?

            Wszędzie tam, gdzie da się pracować i żyć w spokoju, wyjeżdżają. A menadżerowie naszych igrzysk trwają w złudnej nadziei, że do nich wrócą. Z pieniędzmi. Otóż nie wrócą. A co gorsza, nie wrócą także z życiem poczętym tam. Ci, co zostają, wybierają seriale, zwłaszcza starsi, wybierają świat wirtualny, w którym jeszcze istnieje jakaś logika, jakiś sens, akcja ma początek, rozwija się, nadchodzi epilog. Bohaterowie są sympatyczni, w miarę miło na nich patrzeć, to o ich przygodach - przecież wymyślonych – rozmawia się przy rodzinnych stołach, nie o tym, co powiedział – mniej lub bardziej głupio – jakiś mianowaniec wstajom, idom, siedzom, mówiom.

            Nie rozmawiają o książkach, bo nie czytają.

            Jeszcze trochę, a nie będzie nawet ochotników na dyskusję o życiu poczętym, bo albo nie będą chcieli wspominać, albo nie będą pamiętali o co chodzi.

 

Zacytowane:

            „Bezwstyd siada przed kamerami obok przyzwoitości i to nazywa się obiektywizmem. Bezwstyd swoim wygadaniem zatyka przyzwoitość i to się nazywa przewagą. Bezwstyd nie boi się kłamstw i to się nazywa skutecznością. A my się przyzwyczaimy i to będzie nasz nowy ustrój”. Tak powiedział Stefan Bratkowski.

            Mam metafizyczną niemal pewność, że dwudziestoparoletni mianowani i forsowani „geniusze” przez najbliższe 50 lat czegoś takiego ani nie powiedzą ani nie napiszą. Chyba, że przepiszą.

            Pozdrawiam wszystkich, c.d.n.

wtorek, 06 marca 2007
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi…

 

            Według poglądu pewnego prawnika, nie ma sprzeczności między ekologami a mieszkańcami Augustowa.

            Interesy firm przewozowych i kierowców są w ogóle pomijane.

            We wszystkich przypadkach, z którymi miał do czynienia ów prawnik jako adwokat, wina zawsze leżała albo po stronie kierowcy albo pieszego.

            A skoro tak, to trzeba postawić zakaz wjazdu i przejazdu. Tyle prawnik. Punkt.

            A ja myślę, że jeśli parę lat temu mogło zniknąć 300 milionów dolarów z Unii przysłanych na autostrady (kupiono zaledwie kilka luksusowych samochodów dla kontroleró, którzy będą dojeżdżali na miejsce przyszłych robót), to w końcu za następne kilkaset można by wreszcie wybudować kilkadziesiąt kilometrów  i n n e g o  objazdu, przez okolice mniej gęsto zamieszkane i mniej cenne ekologiczne.

            Bo naród, bombardowany przez ten konflikt, przez spektakularny dramat i tak swoje wie. Ma swoje doświadczenia, swoją pamięć, swoje mity i swoje wytrychy.

            Uważa także, że zaciekłość w uporze przeciw zarządzeniom Unii, do której wciąż mamy finansowe interesy i oczekiwania, wskazywałaby, że może w tej sprawie być drugie, a nawet trzecie dno.

`            „…Jakże mnie moja głębia przygnębia, westchnęła głębia

                 a na to dno: no, no…”

 

            Czy to takie dziwne, co naród mówi: że cały ten taniec decyzyjny, próby przerzucania odpowiedzialności, a to na społeczeństwo, a to na ekologów, a to na lokalną wspólnotę, a to na powszechny plebiscyt, determinacja w strachu przed decyzją, może świadczyć już tylko o tym, co twierdzi naród -

            że ktoś zapłacił, ktoś wziął

          i nie chce, albo już nie może oddać.

           

            Jaka trudność, przynajmniej w narysowaniu na mapie takiego objazdu, który tę nieistniejącą autostradę przedłuży nawet o kilkadziesiąt kilometrów, oszczędzi i miasto, jego mieszkańców a daruje życie całemu temu fenomenowi przyrody, zaledwie kosztem przeniesienia kilku siedlisk i utratę kilku hektarów lasu. Tak, jakbyśmy tych lasów nie sprzedawali wszystkim, którzy pokażą pieniądze.

            A potem lamentujemy nad klimatycznymi zmianami, nad wichurami, nad powodziami. I jak od dawna w naszej historii jesteśmy organicznie niezdolni do łączenia przyczyn ze skutkami.

            Kapłani egipscy to mieli łatwe rządzenie. Umieli obliczyć, kiedy będzie zaćmienie księżyca i narodowi mówili, że to gniewają się Bogowie.

Wszystko się rozpada?

 

            Naprawdę doszliśmy do kresu? Jedni spóźnieni i zdyszani jak my, inni – wyczerpani brakiem nowych pomysłów na zaistnienie, na pieniądze, na władze.

            Religie – stąd sekty jak kąkol w zbożu, upada autorytet kościołów, bo upada autorytet i wizerunek ludzi prowadzących je. I wcale nie z powodu nagłaśniania ale z powodu praktyk przywódców, braku elementarnego skrępowania.

            Nauka – zaplątała się, rozszczepiła na wiele podgałęzi, pod-nauk, a między nimi zrobiło się dużo miejsca dla oszołomów. Ludzie przestali rozumieć, o czym mówią uczeni. A zatem nie wiedzą, co oni robią i co nam szykują.

            Czy któryś z innych deputowanych w Parlamencie Europejskim wywołał tyle zamieszania i tyle krępującego zainteresowania swoimi etnicznymi napaściami, obalaniem teorii ewolucji i zapewne paru innych w niedługim czasie, co wybraniec Polaków? „Niech nas ośmieszają, żeby tylko zwracali na nas uwagę”.

            Europa dziwi się i pyta, po co wpuszczaliśmy tych awanturujących się, językowych analfabetów, z fatalnymi manierami (gwałty, pijaństwo, sposób życia i konsumowania cywilizacji)? Ja przynajmniej od dwóch lat czekam, by odezwał się na forum europejskiego parlamentu pewien „z przeproszeniem” kolega – dziennikarz”. A on nic, cichutko konsumuje. Ku mojemu zdumieniu odezwał się ostatnio jako „korespondent”, przez nikogo nie akredytowany. Ale za to mówiący po polsku, bo czuje tylko po polsku.

            (Nawiasem mówiąc, co wolno było wielkiemu artyście, tego już na pewno nie wolno komuś, kto „pokazywał się” w telewizorze. Pokazywał się, to nie znaczy, że istniał. Ale podobno naród go „wybrał”, bo go „znał z telewizji”. Z powodu jednego zdania, które od lat znali wszyscy, a on wypowiedział je wcześniej niż inni. To zdanie brzmiało: „Moskwa chciała zabić Papieża – Polaka”.

            Nie napiszę wam teraz „pora umierać”, by nie usłyszeć: „to zacznij od siebie”. Czy naprawdę dochodzimy do kresu?
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6