Kategorie: Wszystkie | Curriculum Vitae | Galeria | Strona główna
RSS
czwartek, 22 listopada 2007
Larum grają...

Aby było jasne: jestem ZA abonamentem, ale mądrze pomyślanym i uczciwie rozłożonym. Jeśli transport miejski może za darmo wozić osoby po siedemdziesiątym piątym roku życia, mogłyby i media publiczne zdobyć się na podobny gest. Nawet 9 milionów emerytów to będzie mniej niż 60% nie płacących teraz. Nawiasem pytając: jeśli większość osób w tym wieku żyje w domowej ciszy nie mając się do kogo odezwać, a mówi do nich tylko radioodbiornik i telewizor? To…

Lament w mediach elektronicznych podniósł się nie przede wszystkim dlatego, ze trzeba by wobec braku abonamentu powrócić do honorarium, jakie zawsze otrzymywali prawdziwi dziennikarze, ci którzy radio i telewizję stworzyli i tworzyli, a nie ci, dziennikarzami mianowani, którzy i radio i telewizję zdążyli już zdemolować, lub – jak kto woli – uczynić maglem do wynajęcia. Maglem, pseudoprokuraturą, sądem ludowym, czy maszyną do szczucia na oślep, bądź ze wskazaniem. Jeśli zabraknie takich pieniędzy, którymi teraz opłaca się “czyścicieli”, będą musieli wrócić tam, skąd przyszli. A przyszli tak na dobrą sprawę – znikąd.

Pisałam niedawno, że zarobki w mediach elektronicznych oczywiście były wyższe niż w prasie drukowanej, ale też warunki zewnętrzne i potencjał osobowy, których te media wymagają, były i są nadal bez porównania wyższe, niż zdawać by się mogło po obejrzeniu parady obecnie mianowanych “gwiazd”. A tymczasem nie pojawiła się ani jedna postać w telewizji, na widok której naród oniemiał by z zachwytu, nie pojawił się w radiu ani jeden głos i ani jedna osobowość, które do odbiorników przykuły by miliony. Jak na razie rolę magnesów pełnią ci, którzy cudem z czystki się uratowali. Ale ich na razie trzyma się w strachu twierdząc, że pod gmachami stoją tabuny (watahy?) młodych nieuczonych i niedouczonych geniuszy. Właśnie ci od Indian w Pakistanie i pewnie Hindusów w rezerwatach. Na antenie godzinami w rolach dziennikarek (“jak się Państwu podoba nasza nowa dziennikarka”?) brylują: śpiewaczki operowe, piosenkarki, artyści różnej maści. I myślą: jakie to łatwe, będzie dobra fucha, jak wysiądzie głos do śpiewania.

Na przyspieszonych kursach “dziennikarstwa” uczą ci, którzy w różnych zakamarkach radia i telewizji przetrwali wszystkie etapy i zakręty, z zapałem przyczyniając się do wyrzucania za burtę wszystkich, którzy ich denerwowali, ale przetrwali na stanowiskach dziennikarzami i innymi twórcami jako zarządzający, bo od dziesiątków lat publiczności pozostający nieznani z autorskich, czy to ekranowych czy radiowych programów.

I właśnie podejrzewam, że głownie dla nich i ich szefów “z klucza” ma trwać abonament. Żeby t y l k o abonament! Media publiczne chcą mieć i ten podatek od nas i dofinansowanie i reklamy. A szefów do rządzenia mediami nadal będzie zsyłała władza. Władza ma rodziny i trzeba będzie ich szukać w kościołach, parkach, aby się z nimi zaprzyjaźnić a najlepiej u nich się udomowić. Bo rodziny będą mianowały w telewizji dyrektorów, w radiach prezesów, a w radach – partyjnych funkcjonariuszy, oddelegowanych z wszystkich możliwych zawodów oprócz takich, które mają w mediach mieć dla siebie miejsce.

Kto kiedy ogłosi publicznie, że powiedzenie o

kucharce, która może rządzić państwem

było jedynie inteligenckim paradoksem?

Od ilu lat ile milionów ludzi znosi, że co jakiś czas paru zawodowych rewolucjonerów bierze to na serio? I rzuca maszynistkę, żeby rządziła telewizją? Ta z kolei przywłaszczy sobie elegancko brzmiące cudze nazwisko, skopiuje czyjś atrakcyjny życiorys zawodowy, do tego dołączy “właściwe maniery”… Przy dworach rzeczywiście funkcjonowali linoskoczkowie, tancerze, trubadurzy i zawodowi pochlebcy. Karmieni nieźle, z pańskiej kiesy opłacani dobrze, a wobec nich wolno było panom mieć fanaberie awansowania, utrącania lub wywyższania. Tylko, że to się działo z kasy pańskiej a nie z naszych wdowich emeryckich groszy zwanych abonamentami.

Co ma demokracja?

Jakieś dwa lata temu cytowałam w felietonie radiowym autora, którego do tej pory nie znajduję w encyklopediach: Żarko Petan (brzmienie wskazywałoby na Serba lub Chorwata). Sformułował diagnozę:

historycy fałszują przeszłość

a ideolodzy – przyszłość.

Jeśli ideologów zastąpimy politykami, też wyjdzie na to samo. Historycy ogłaszają klęski jako zwycięstwo (jeśli fakty temu przeczą przynajmniej moralne), narody je potem świętują a politycy zwyciężając o obietnicach zapominają, albo nie są w stanie ich spełniać. I tak żyjemy – lud Boży – doraźnością od wydarzenia do wydarzenia, od awantury do awantury, od uchwalenia do obalenia, od obniżki do podwyżki lub odwrotnie. Warto więc rozejrzeć się za kimś, kto zaproponuje spojrzenie z dystansu, a książka Jacquesa Attali “Świat, który nadchodzi” – w świecie, który zmienia się w galopie, do dziś nie przestała być ważna. W każdym razie nie napotkałam zakwestionowania zawartej w niej diagnozy. Dla porządku: Jacques Attali jest ekonomistą, założycielem i pierwszym prezesem Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (tego, w którym pracowała nasza warszawska Pani Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz a obecnie nasz ex-premier Kazimierz Marcinkiewicz).

Ta książka też napisana jest tak, żeby można ją było czytać, a nie tylko “zakuć, zdać i zapomnieć”. Uświadamia nam nasze miejsce w świecie, bo jakkolwiek nam to idzie, to przyłączyliśmy się do niego a on JEST W RUCHU.

I oto twierdzenie, że epoka przymierza

wolnego rynku i demokracji

właśnie dobiegła końca.

A przyczyną jest brak równowagi między nimi: wolny rynek staje się globalny, a demokracja występuje tylko w niektórych obszarach, rzec by można – lokalnych.

Nasze szczęście, że jesteśmy tym “niektórym” obszarem i zaczyna do nas docierać potrzeba, wyrażana ostatnio w billboardach “myśleć globalnie, działać lokalnie”. W polu widzenia mamy obszary, które, wcale nie małe, żądają prawa do demokracji, ale w ich stylu i na ich miarę. A to już, czymkolwiek jest, demokracją nie jest na pewno. Nam się to podoba albo nie, ale z tym też musimy mieć do czynienia. A człowiek uczony dopowiada, że

“rynek i demokracja to związek bez przyszłości, bo któreś z nich w końcu zdławi to drugie”. Ciekawe, g d z i e zdławi wpierw. W podobnych “okolicznościach przyrody” we Lwowie mawiało się: “serwus, lody”.

A skoro życie płynie dalej, co pozostaje np. emerytom? Myśleć, nie dać się zakuć w slogany, hasła, prawdy jedyne i próbować cokolwiek lokalnie. Czyli dla siebie. Co pozostaje np. dziennikarzom obłożonym infamią na zlecenie a więc i tajnym zakazem pracy zawodowej (do którego nikt się przyznać nie chce. Tacy odważni)? To samo.

Pozdrawiam, c.d.n.

poniedziałek, 17 września 2007
Jeśli kanonik w Poznaniu…

 

Już jest, już wykiełkowała, już działa – ZAWIŚĆ! Bez cienia wstydu, nawet bez próby owinięcia w cokolwiek, niekoniecznie w bawełnę. Przystojny, atrakcyjny z wdziękiem, jak na rolę, w której tak naprawdę niewiele było do prawdziwego grania – został zaakceptowany, zapamiętany, odniósł SUKCES! I nie jest dobrze, już się nie podoba, że także branża się na nim poznała, że zaproponowano mu następną i znowu następną rolę.

Jak dla kogoś, kto też by tak chciał, ale nie bardzo ma czym ani z czym – nie do zniesienia.

            To trzeba skrócić, temu trzeba przeszkodzić. Więc drukuje się zjadliwości – koniecznie z własną fotką:

                                                                        „ofensywa niedawnego kochanka Magdy M.”

(pewnie też by chciał i nawet mu się nie dziwię)

 

„Małaszyńskiego zobaczymy niemal w każdym nowym serialu”

(bo on sam by Małaszyńskiego wykosił,

ale mu nie dadzą. I słusznie)

 

„Konkurencję między stacjami, niezależnie od tego, która wygra, wygra jeden człowiek – Małaszyński. Paweł Małaszyński”.

 

Na razie autora skręciło w sprawie sukcesu jednego aktora, ale w tym samym serialu były jeszcze dwie świetne role męskie i tych dwóch aktorów, panów Bartłomieja Świderskiego i Szymona Bobrowskiego już widać w następnych serialach (znowu słusznie), więc jak będzie dalej?

            Niech zgadnę, jak to się zaczyna:

-         wpierw uciska w żołądku, potem

-         skraca oddech,

-         bulgoce w gardle,

-         wdziera się do mózgu,

-         spływa do palców, a z nich

-         na klawiaturę. I jest:

„…tak czy owak Małaszyński. Reszta przy nim jest bez szans”

(Znowu słusznie)

 

Tej zawiści starczyło jeszcze dla Ilony

Łepkowskiej, mistrzyni polskich seriali:

                                                                                  „jest już u schyłku kariery…”

 

„Jeśli kanonik w Poznaniu zostaje prałatem,

szewc w Radomiu kładzie się chory do łóżka” (Karol Irzykowski).

 

Ten szewc podpisał się: Jacek Wakar.

 

A kysz!

 

A to mi przypomina,

 

jak dobre parę dziesiątków lat temu, tacy sami zawistnicy, albo tak samo zmanipulowani przez zawistników, rozpętali narodową wręcz awanturę w sprawie obsadzenia Daniela Olbrychskiego w roli Kmicica.

            „Jakim prawem ktoś, kto był Azją (Tuhajbejowiczem), bandytą i mordercą, ma teraz być naszym bohaterem narodowym? – rozlegało się w bogoojczyźnianej nucie, jak kraj długi i szeroki.

            Jakim prawem? W TELE-ECHU zjawił się pan Daniel i porozmawialiśmy: o zawodzie aktorskim, prawach aktora do każdej roli, którą mu reżyser i producenci zaproponują, a którą on czuje się na siłach zagrać.

            Tumult ucichł. Taka była już wówczas siła telewizji. A Olbrychski, tak jak był niezapomnianym Azją, tak Kmicica zagrał w sposób, który na długo utrwalił tę postać w zbiorowej pamięci, być może nawet tych samych, którzy wcześniej bulgotali z zawiści.

            I taką zostanie na zawsze siła świetnego aktorstwa.

 

Idąc przez most

 

idąc przez most spadła mi czapka”. A to znaczy, że czapka szła przez most i mu spadła. Kiedyś kwitowało się to: analfabeta.

 

A teraz?

 

wchodząc do baru przywitała nas pani…” To znaczy, że pani wchodziła do baru i ich przywitała. Było odwrotnie. Jak to się kwituje dzisiaj?

 

            W Polskim Radio I przedstawia się takiego znawcę polskiego języka jako…

 

d z i e n n i k a r z a

            O wstydzie…

 

*   *   *

 

A jeśli funkcjonariusz mówi: „znaleziono trzy zwłoki”, co może zrobić dziennikarz z mikrofonem? Może powiedzieć grzecznie: czy mogłaby pani powtórzyć to zdanie? I użyć zwrotu „troje zwłok”? Wszystko.

 

Pozdrawiam, c.d.n.

 

czwartek, 06 września 2007
Przeczytane:

Odkodowano DNA: na razie tylko jednego człowieka, ale teraz to już pójdzie jak ogień. Dokładny zapis żywej istoty ludzkiej, będzie dokładniejszym, pełniejszym, wyczerpującym dowodem osobistym.

            Sięgnie po niego każdy, od urzędnika w banku, przez policjanta z drogówki, po celnika na lotnisku, czy na innej granicy.

            Sięgnie po niego każda władza.

            Jeśli każda, to i ta specjalna.

            Jeśli szyfr będzie do odczytania, niewiele czasu minie, aż będzie do zmanipulowania. Nietrudny tez będzie do sfałszowania i przerabiania.

            Nie ustrzegą go żadne szpitalne zabezpieczenia ani więzienne posterunki, jeśli zapadnie wyrok. Ludzki, nie boski.

            Nie będzie takich zabezpieczeń, aby władza totalna nie dowiedziała się, na jaką chorobę może zapaść człowiek, który jej się naraził, albo zwyczajnie budzi jej ciekawość.

            Wtedy przypomni nam się Nałkowska w wersji lekko zmienionej: ludzie ludziom  z g o t u j ą  ten los.

Boże, strzeż.

Słuchane:

            „Witam państwa serdecznie, serdecznie”. Jeśli usłyszę powitanie trzykrotnie serdeczne, będę wiedziała, że oto nastąpiło

totalne zwycięstwo kiczu.

            Zdarzyło mi się nawet usłyszeć: „kłaniam się serdecznie”!

            I po co tyle uczuć, tyle sercowych namiętności, nie wystarczyłoby mieć po prostu coś do zakomunikowania? Coś sensownego do powiedzenia? Właśnie tym, nie czułościami i umizgami daje się dowody szacunku dla słuchaczy, widzów, publiczności. Nie ma takiej potrzeby, aby obcy ludzie zaczynali się „serdecznić”. Wystarczy, że będą dla siebie uprzejmi, będą odnosili się z szacunkiem, niekoniecznie w stylu „witam Państwa z szacunkiem”, bo ten powinien przejawiać się w sposobie, nie rzucaniu się na szyję czy też skłonami do kolan.

            Ot, na przykład, żeby nie polegać tylko na sile protekcji, wciskającej na anteny i ekrany, ale także – skoro się już zdarzyła – postarać się nauczyć poprawnego wymawiania obcych nazw i nazwisk. Przykład: Jeden z byłych kanclerzy Niemiec, nazwisko pisze się Helmut Schmidt (wymawia się „Szmyd”, dźwięk między „i” – „y”).

            Ale nasz nowy, cudem pozyskany sokół – orzeł jest anglistą, a pewnie nawet amerykanistą, więc życzy sobie mówić – publicznie! – o wypowiedzi Helmuta Smysa! Radio odzyskano już do tego stopnia, że nawet po drodze do studia nie ma kogo zapytać, jak się wymawia nazwisko prominentnego polityka u najbliższych sąsiadów? Patrząc na mapę Europy – po lewej stronie od Polski! Nie trzeba ani przez kanał, ani przez ocean.

            Jeśli mówię o pretensjonalnym, ale za to pewnym siebie nieuctwie – to wiem, co mówię.

 

Może to już wszystko?

 

Wygląda na to, że wszystkie melodie świata i kosmosu zostały już skomponowane, zagrane i zaśpiewane. Góra – jeden do dwóch taktów, które powtarzają się w utworze i udają niewiadomo co: bo ani to CANTO ani REFREN, a jeśli już trafi się śpiew, to także skutecznie zagłuszany przez orkiestrę, która z definicji ma „towarzyszyć” soliście. Ale ambicją panów dyrygentów jest przykrywać głos solisty i w naszej telewizji od lat, jeśli się nie przykrywa, to ustawia orkiestrę w tym samym planie dźwiękowym, co soliści.

            Jeden czy dwa takty, powtarzające się po kilka razy, reszta – muzyczna wata, wypełniacz, równie dobrze nuty mogłyby brzmieć w odwrotnym porządku, nikt by nie zauważył. Bo publiczność tak chce się bawić, że podskakuje podwójnie w stosunku do rytmu i…sukces!

            Jeśli naszej publiczności to wystarczy i nikt nie protestuje, wyrazy współczucia.

Podobnie bywa z taktem...

...w innym znaczeniu: pyta reporterka: „czy do Pani dotarło, że jest Pani najszybszą kobietą w Polsce?” Gdyby mistrzyni nie była zmęczona, zdyszana, pewnie sama by zapytała: „Sugeruje Pani, że jestem nie za bardzo rozgarnięta?”

            I mamy „luz”. Tylko, że luz – luzem a maniery – manierami. I dlaczego tak się spoufalać? Świat nie jest jedną wielką dyskoteką, z której zresztą się wyrasta a na pewno trzeba wyrosnąć aby dorosnąć do reprezentowania poważnej bądź co bądź i cokolwiek się z nią teraz wyprawia – instytucji publicznych mediów. A może oni myślą, że „publiczne” to znaczy dyskotekowe?

            Daję więc Państwu słowo, że w tym przypadku „radio publiczne” znaczy – obywatelskie. Do radia zaprasza się obywateli, mówi się jak do obywateli i traktuje jak obywateli a nie jak kumpli ze wspólnego imprezowania.

 

Trudno sobie wyobrazić, co się dzieje

Kiedy władza dostaje się w ręce ludzi obarczonych albo dziedzicznymi obsesjami, albo za wszelką cenę polujących na zaistnienie w publicznej przestrzenia albo cierpiących na manię wielkości.

            Od kilku lat powtarzam, że zanim da się komuś władzę do ręki

 

trzeba zbadać jego głowę

 

oraz psychikę i obie wyobrazić sobie wzmocnione przez tę władzę. Bo mamy: co mi tam Unia, co mi tam Europa, co mnie obchodzi jak jest gdzie indziej, na moim kawałku podłogi ma być tak jak ja chcę.

Dygresja: Kilka dni temu wchodzę do obszernego pomieszczenia, w którym znajduje się jeszcze kilkoro drzwi. Od jednych dobiega mnie i poraża ostry krzyk: „nie zamykać!” nie zamykać!” Przeszywający dźwięk wysokiego głosu aż świdruje w uszach. Zdaje się, że chodzi o to, aby drzwi, przez które weszłam, zostawić otwarte.

            W porządku. Zbliżam się do źródła upiornych dźwięków i mówię: „Na miłość Boską, dlaczego pani na mnie krzyczy?

-         Bo ja jestem nauczycielka! – pada odpowiedź.

Biedne dzieci, pomyślałam ja, jeśli ta kobieta tylko tak potrafi się porozumiewać, to znaczy, że nieustannie je stresuje.

            W krótki czas potem dowiaduję się, że tego właśnie życzył sobie ktoś, komu powierzono edukację. Otóż Unia Europejska powiadomiła, że sfinansuje projekt zmiany w sposobie nauczania: zaleca zniżanie głosu przez nauczycieli. Innymi słowy, żeby na dzieci nie wrzeszczeć, tak jak to robią matki w domu i panie w szkole. Bo przez to m.in. dzieci żyją w nieustannym stresie, dodatkowo uszkadzają sobie słuch, bezustannie słuchając upiornego łomotu zamiast muzyki i same wrzeszczą też – zamiast mówić.

            Głos zniżony, spokojny, uruchamia w mózgach fale alfa, tzn. stan relaksu, a on właśnie uruchamia przyswajanie wiedzy.

            Z tych samych powodów m.in. zrezygnowano w mediach, głośnikach i innych „komunikatorach” z wysokich, piskliwych, skrzekliwych głosów. Np. na międzynarodowych lotniskach już od dziesięcioleci słyszy się głosy stonowane o cywilizowanej barwie. Te inne głosy właśnie teraz odzyskują nasze radio, telewizję, estradę.

U nas – brak społecznej wyobraźni i nieprzytomna pycha karze rezygnować z dwojakich unijnych korzyści, albowiem „nie będziemy pawiem i papugą”. Pieniądze weźmiemy, bo trzeba brać, kiedy dają, ale się nie zastosujemy, bo mamy swój honor.

Więc jak to jest z tym honorem?...

            ...na przykład autorskim? Sądy są przygniatane pozwami w tych sprawach. A jak się tłumaczą amatorzy cudzych pomysłów? Że chcieli to wzięli - bo wszystko, co ktoś inny wymyśli, dla amatorów jest własnością publiczną.

            Funkcjonuje w cywilizowanym świecie parę wynalazków, począwszy od elektryczności, które też stały się własnością publiczną, ale autorzy odebrali należne im honoraria.

            Nigdy nie przyszło mi do głowy, aby „TELE-ECHO” nazwać programem legendarnym. Nigdy nie powiedziałam, że cokolwiek mego autorstwa było „kultowe”. A jednak program splagiowany z „TELE-ECHA”, tylko po to, żeby z żony uczynić gwiazdę (tak jak by to zależało od formuły) dziś po latach ogłaszany jest jako „kultowy” właśnie. "Studio 2" było rozbudowanym do kilku godzin „TELE-ECHEM” i musiało chodzić co drugi tydzień, na zmianę z nim (na antenie było prawie dziesięć lat). Ponieważ sama żona rady by nie dała, dodano jej dwóch panów. Jeden nie żyje a drugi rozpowiada, że to on „ustanowił i wprowadził do telewizji dziennikarski wywiad” (w latach 70-tych, kiedy „TELE-ECHO”, złożone właśnie z wywiadów istniało od 1956).

            Zaprosiłam kiedyś do „TELE-ECHA” śpiewającą rodzinę: rodzice i bodaj siedmioro dzieci. Z tego jednorazowego pomysłu (czego się nie robi dla żony?) stały program na kilka lat: na zaistnienie w telewizji i na zarabianie.

W 1992 r. wydałam książkę „TERAZ JA”, która do tej pory jest do kupienia, nawet w internecie, ale z hurtowni została skonfiskowana po dwóch tygodniach. W tej samej telewizji, od pewnego czasu mamy „autorski” tytuł „TERAZ MY”.

Przez cztery lata (2002-2006) co tydzień mówiłam w Polskim Radio 1 autorski felieton pt. „PUNKT WIDZENIA”. Ta sama telewizja ma teraz „INNY PUNKT WIDZENIA”.

Że są to wyrażenia potoczne? Tak. Ale jeśli z potocznych tekstów powstaje TYTUŁ, to już jest POMYSŁ. A pomysł to jest własność.

W latach 1977-1980 prowadziłam rokrocznie FESTIWAL INTERWIZJI w Sopocie. Ponieważ były to wspólne pieniądze, to i rozmach był nie ten co przedtem pagartowski i wystawa nie ta, i gwiazdy nie takie.

Rok temu (2006) na początku września zagadywali mnie ludzie w publicznych miejscach: „Pani tutaj? Przecież wczoraj była Pani w Sopocie!”

Byłam, ale dwadzieścia sześć lat temu i jeszcze trzy lata wstecz, a przedtem jeszcze od 1961 r., czyli od pierwszego festiwalu sopockiego. Ale kiedy ta telewizja rok temu kupowała od telewizji publicznej mój wizerunek na sopockiej estradzie, w dwóch miejscach umowy podpisała, że mogą go użyć, ale pod warunkiem uzyskania mojej zgody. Nawet się nie pofatygowali, żeby zapytać, ale użyli. Tłumaczenie: „Pani Dziedzic jest publiczną własnością i my mamy do niej prawo”.

Akurat!

            W tym roku także zażądali moich zapowiedzi z Sopotu, ale usłyszeli: „owszem, sprzedamy, ale pod warunkiem, że przyniesiecie na piśmie zgodę pani Dziedzic”.

            Znów się nie pofatygowali, to i nie mieli.

            Czy nie byli by Państwo skłonni podzielić mojego wniosku, którego jestem niemal bliska, że w  t e j  telewizji po prostu podobają się moje pomysły?..

            Miałabym jeszcze kilka niezłych, ale się boję, bo spotka je ten sam los: własności publicznej, należnej, jak wiadomo, telewizyjnym magnatom.

Kto wymyślił "TELE-ECHO"?

            Nie ja.

           Sam pomysł „TELE-ECHA” przywiozła zza granic Mira Michałowska. We francuskiej telewizji „chodził” wówczas codzienny program (lokalny, w rodzaju naszego późniejszego „Kuriera Warszawskiego”), pod nazwą „TELE – PARIS”.

            Przyznaję się: za wszystko, co potem przez 25 lat działo się z „TELE ECHEM” i w „TELE-ECHU”, odpowiedzialność spada na mnie. Nieskromnie myślę, że także Państwo ten program pamiętają, bo skoro do mnie o nim piszą? Jak się mogą mieć 9 lat ("Studio 2" od 1974 do 1983) w stosunku do 25-ciu lat własnego autorstwa? Ano tak, że właśnie teraz uroczyście ogłoszę, że „TELE-ECHO” było i pozostało programem  l e g e n d a r n y m. A co!

            Mnie do „TELE-ECHA” wymyśliła Mira Michałowska. Jak to się odbyło, napisałam w tej skonfiskowanej książce. Skoro jednak była skonfiskowana, mogę Państwu to opowiedzieć teraz. Więc: Żaden układ, po prostu znałyśmy się z widzenia, z różnych imprez w Stowarzyszeniu Dziennikarzy, z loży prasowej w Sejmie a w radio znalazł mnie Stanisław Cześnin i zaprosił na spotkanie.

            Więc…

„…na tym spotkaniu poznaję jego, wygadany, sympatyczny, młody człowiek, dziennikarz, podówczas już spikerujący w telewizji, oraz witam się z panią, zachwycającą, adorowaną, piękną i wytworną ambasadorową Michałowską.

W prasie brytyjskiej tamtego czasu często o niej pisano i obfotografowano, najwyraźniej jako kogoś z tamtejszego towarzyskiego top-u.

Mira Michałowska, czyli Maria Zientarowa z „Przekroju”. Dziennikarka, tłumaczka, pisarka i dama. Niepojęty wyjątek wśród pań z naszej dyplomacji, „skądinąd słusznie zwanej ludową” (autor: Jerzy Waldorff). Świeżo po powrocie z Londynu, gdzie jej mąż, Jerzy Michałowski, właśnie zakończył misję ambasadorską (urzędowo nazywaną „dyplomatyczną”).

W Warszawie opowiadano o jego udziale w sukcesie, jakim było odzyskanie polskiego złota po wybuchu wojny, cudem zdeponowanego w Wielkiej Brytanii. Z tym, że w owym czasie wiedziało się o zwrocie oficjalnego depozytu, a raczej nie mówiło się o tajnych funduszach, czyli o FON-ie, nad którym jeszcze do dziś wisi wielki znak zapytania. Czy to wszystko? A jeśli nie wszystko, to gdzie jest reszta?

Podobnie, jak w jakiś czas później też tylko opowiadało się o tym, jak to było z naszymi arrasami, Szczerbcem i Psałterzem, które w wyniku starań ambasadora Michałowskiego i wydatnej pomocy światowej sławy artysty Witolda Małcużyńskiego, także powróciły do kraju statkiem pod szwedzką banderą. Znawcy przedmiotu, panowie profesorowie, wśród których zapamiętałam nazwisko prof. Szabłowskiego, ambasador Michałowski i maestro Małcużyński doszli do wniosku, że zbyt wielkim ryzykiem byłby transport samolotem.

Jak wspomniałam, o tym wszystkim tylko się opowiadało, bo nie sposób było się dowiedzieć z gazet czy radia. Żaden człowiek, niezależnie od tego, jak wielkie były by jego osobiste przymioty, jak cenne towarzyskie kontakty i skuteczny prestiż, nie miał prawa odnieść takiego sukcesu. Sukces należał się jedynie władzy ludowej jako ciału zbiorowemu.

Z anegdot towarzyszących tamtemu wydarzeniu zapamiętałam tę, która dotyczyła samych rokowań już na miejscu, w Kanadzie, na temat zwrotu naszych narodowych skarbów.

Wszystkie wysokie układające się strony stanęły w jednym domu: na parterze ambasador Michałowski, jako przedstawiciel rządu „warszawskiego”, na pierwszym piętrze delegat rządu londyńskiego, na drugim Witold Małcużyński.

Panowie Michałowski z Małcużyńskim odwiedzali się, przenosząc koniak z parteru na drugie piętro i z powrotem, a na pierwsze piętro wstępował wyłącznie pan Małcużyński – bo po pierwsze mieszkał stale na Zachodzie i był artystą zachodnim – a wstępował na inny koniak, jak należy się domyślać – ponieważ Londyn nie chciał spotkać się z Warszawą nawet na schodach i nawet przy tej samej marce trunku. I – czy to koniaku było już dość, czy brzask zajrzał w okna – dwaj dyplomaci za pośrednictwem pianisty zawarli ugodę. Nie można nie przyznać, że jednak najwięcej nachodził się maestro Małcużyński: polskie skarby miały być przekazane Warszawie.

Dalej też nie było prosto. Wprawdzie skrzynie znalazły się w budynku polskiej ambasady, ale z produktów dostarczonych przez przedstawicieli rządu londyńskiego robiła kanapki komunistyczna sekretarka, wobec czego pozostały nietknięte przez stronę londyńską.

Wśród tych problemów prawdziwe zmartwienie mieli panowie profesorowie, w jakim też stanie, po latach przechowywania w piwnicy, znajdują się polskie skarby. Okazały się być w świetnym stanie i w takim też wróciły do kraju”.

            Tyle mego cytatu z mojej książki (ktoś to musi zrobić, nie?… ). I zamykając historię wymyślenia mnie do "TELE-ECHA", wyznam Państwu dzisiaj, że niewielką miałam ochotę, by zostawiać radio i przechodzić do jakiejś telewizji. Gdybym wówczas potrafiła sobie wyobrazić, czym ona stanie się w moim życiu, jaką zawiść i nienawiść będzie budziła moja tam praca, pewnie umiałabym nie przyjąć propozycji, choć jeszcze dziesięciolecia musiały minąć, zanim pojawiło się pojęcie asertywności (umiejętność mówienia „nie”). Ale przeszedł już do anegdoty argument, którym Mira mnie przekonała: „Nie denerwuj się, tego i tak nikt nie będzie oglądał”. Gdybym miała wskazać główną cechę jej osobowości, bez wahania wymieniłabym wdzięk. Wdzięk intelektualny, towarzyski i osobisty. Do dziś ten wdzięk jest wyraźny w jej twórczości, zwłaszcza felietonowej.

Jerzy i Mira Michałowscy. Fot. Archiwum R. Matuszewskiego

Nie ma już Miry Michałowskiej. Kilka lat wcześniej umarł Jerzy Michałowski. Mówiono o nich obojgu, że tworzyli ten rodzaj partnerstwa, który zawierał się w określeniu: „każdy ambasador chciałby mieć przy sobie taką ambasadorową".

Odeszła 19 sierpnia 2007, pogrzeb odbył się 27-go a wiadomość o jej śmierci zaistniała publicznie w dzień po pogrzebie.

Ktoś z naszych wspólnych znajomych: „…Elegancko, jak prawdziwa dama. Po angielsku”.

Przeszła do legendy. Naprawdę od dawna w niej była.

Pozdrawiam, c.d.n.

*   *   *

Ad. Passent:

1) Pierwszego „TELE-ECHA” NIE PROWADZIŁ „w zaraniu Edward Dziewoński a potem Irena Dziedzic”.

tylko

od 26 marca 1956 r. Dziedzicówna - Dziewoński. Tenże po kilku programach poszedł do Andrzeja Munka, aby zagrać w „Zezowatym szczęściu”.

2) Minister Edward Sznajder NIE WYSTĄPIŁ w pierwszym programie „TELE-ECHA"

tylko

w dziewiątym z kolei, a w teczce nie przyniósł jabłek zagranicznych,

tylko

KRAJOWE (z Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach od prof. Szczepana Pieniążka).

Ach, ta nonszalancja młodzieży dziennikarskiej wobec dłuższych życiorysów.

PS. Istnieją wszystkie scenariusze wszystkich "TELE-ECH", które przez 25 lat były redagowane i prowadzone przeze mnie.

 

piątek, 17 sierpnia 2007
Parę refleksji

              Wszyscy wiemy i uznaliśmy za słuszne, że na prowadzenie samochodu trzeba mieć pozwolenie. Mimo to coraz więcej ludzi zabija się w samochodach, a co gorsza zabija innych. Może zezwolenia, które obowiązują to za mało, może przydałaby się wiedza nie tylko o tym, co samochód ma w środku i jak działa silnik, ale co ma w środku jego właściciel? Jak działa jego charakter, temperament, osobowość, czy „wkurza” go każdy tańszy samochód, który go wyprzedzi? Czy wzbudza jego agresję każda „baba” za kierownicą? Czy pomaga mu w ułańskiej fantazji ćwierć litra alkoholu „w wydychanym powietrzu”? Znają Państwo zwrot bardziej sztampowy? A bardziej precyzyjnie ćwiartka w mózgu? Czy uczono go kiedyś ustępowania miejsca, innymi słowy, czy słyszał kiedy cokolwiek o grzeczności, a jeszcze inaczej – czy wie, co to są maniery?

           Wystarczy wsiąść do miejskiego środka lokomocji w stolicy kraju w środku Europy, aby przekonać się, że wszyscy siedzący tam mężczyźni, młodzi chłopcy, nielaty, nigdy o tym nie słyszeli. Proszę się przyjrzeć w publicznych lokalach, kawiarniach, restauracjach, ilu mężczyzn wstaje, gdy podchodzi kobieta? (Niemcy wymyślili nazwę „Tischdame”) Ilu podaje jej krzesło? Żaden.

            Czy mam dodawać, że maniery nie są zależne od demokracji lub jej braku?

           Oględnie mówiąc, na miasta i także na stolicę spadła patriarchalna kultura wiejska, a ona tak traktuje kobiety. Kto zaprzeczy, że ta ilość już przeszła nam w jakość?

            Na jazdę rowerem też trzeba mieć rowerową kartę, czy tak? Ale już nikt nie kontroluje szaleńczych gonitw i slalomów między przechodniami na chodnikach.

Na płodzenie dzieci

Nie trzeba mieć niczego!

            Wprost przeciwnie, każdemu wolno. Psychopacie, idiocie, kretynowi, zboczeńcowi, alkoholiczce. Potem społeczeństwo ma się składać na wyżywienie, na naukę, na leczenie, na genetyczne wady, bo jeśli nie zagłodzi to porzuci, jeśli nie porzuci to zatłucze, bo płacz będzie mu przeszkadzał, albo w piciu, albo w pijackim śnie, albo w masakrowaniu kobiety. Wolno dzieci mieć kobietom, o których wiadomo, że zapomną o nich natychmiast po urodzeniu, albo wyrzucą na śmietnik, bo dziecko przeszkadza. I znów – wielkie narodowe dyskusje, czy „bidule”, a tam też patologia, czy rodziny zastępcze, na które znów musi się składać społeczeństwo.

            Ale nie ma dyskusji, jakie życie mają te biedactwa od pierwszego oddechu, jakie dzieciństwo; Wystarczy poobserwować na ulicy, jak rozwścieczone matki wrzeszczą na te nieszczęsne maluchy, jak je szarpią, jak te maleństwa się boją…

            A my nic, elegancko, nie należy się wtrącać, bo to sprawy rodzinne i prywatne. Nie zabronimy ludziom płodzić i rodzić, bo prawa człowieka i w ogóle, jesteśmy europejscy, humanitarni i światowi, a dzieci ma być jak najwięcej, bo… demografia i należy mieć kraj „liczący się ludnościowo”.

Wybory? Nawet co rok!

            Jeśli nasi wybrańcy ze sobą się nie dogadają w sprawie podziału, kolejności w likwidacji wszystkiego co zastaną, grup społecznych, praw zawodowych i pracowniczych, rozdziału przywilejów, a szczególnie w eliminowaniu z życia publicznego i społecznego tych, którzy od razu nie pospieszą z hołdem i usługami. Jeśli czystki pokoleniowe będą dla nich najważniejsze, a co najciekawsze – podobnie jak poprzednicy też zostaną uwiedzeni i ulegną nieodpartym wdziękom służb,

mamy to z głowy, niezależnie

od tego ile miałoby to kosztować

i ile jeszcze setek tysięcy Polaków

wyniesie się z kraju.

            Młodzi tego zapewne nie pamiętają, jeśli kiedykolwiek wiedzieli, że Winston Churchill, wybitny polityk, wybitna postać Wielkiej Brytanii i całego wolnego świata, człowiek, który obiecał Anglikom „krew, pot i łzy”, ale przeprowadził ich przez najstraszniejszą z wojen, uratował kraj i państwo, natychmiast po jej zakończeniu usłyszał: „Panu już dziękujemy, Sir”.

Udręczeni, wychodzący z wojennego szoku, liczący straty i leczący rany Anglicy, mieli na tyle przytomności, żeby dojść do wniosku, że

geniusz, który wygrywa wojny,

nie będzie tak samo zdolny do wygrywania pokoju.

Że wojownicy to nie są budowniczowie,

choćby najpiękniej mówili o tym, co zrobią.

            Nie dodając, że jeśli będą potrafili. Charaktery nie te, środki nie te, sposoby nie te, i nie tacy podkomendni, którzy ślepo wykonują rozkazy, tylko lojalni i kompetentni współpracownicy. Nie dlatego lojalni, że zdarzył im się jedyny moment: takie stanowiska, takie pieniądze, takie znaczenie i taka władza nad ludźmi, których w życiu by nie doświadczyli, bo właśnie nie te kompetencje.

            Nie dlatego używa się określenia sztuka rządzenia, że ktoś kiedyś wymyślił błyskotliwe powiedzenie, tylko dlatego, że to jedna ze sztuk najtrudniejszych, której trzeba się uczyć zanim przystąpi się do szkodzenia, głównie za pośrednictwem cech własnego charakteru.

            Charakteropatia to głównie geny i wychowanie. Może to się leczy? A może kandydatom do rządzenia potrzebne są portrety psychologiczne. A naród, jeśli będzie je znał podczas wyborów, nie będzie mu potem wolno narzekać.

To chyba nie jest tajemnica, że ta powtórka będzie kosztowała?

            Rzeczpospolita zapłaci. I tylko tyle, że emerytury będą relatywnie coraz niższe, a jedzenie coraz droższe. Leczenia – nie będzie wcale. Za to hasła wyborcze będą brzmiały:

 „Nigdy nie było wam tak dobrze”

Już brzmią.

Czy nie jest genialny pomysł?

            Aby w telefonach komórkowych mieć zanotowane numery osób najbliższych, które można powiadamiać o wypadku? A najważniejsze, żeby była grupa krwi.

            Była w starych, ale nie ma jej w nowych dowodach. W nowych dowodach nie ma już niczego poza miniaturą zdjęcia z lewym uchem i nazwiskiem. Będą jeszcze odciski palców. Na wypadek, gdybym chciała pojechać do USA i zostać nielegalnie. Mówi się też: kiedy wyglądasz jak na zdjęciu w dowodzie, czy paszporcie, idź do lekarza. Komórki są tym sprzętem, który teraz kradziony jest najczęściej. Wystarczy na moment odsłonić kieszeń, nie trzeba aż zasłabnięcia, ani aż utraty przytomności. Umieszczone tam numery osób bliskich będą służyły złodziejom dla żądania okupu, a grupa krwi porywaczom dla zrobienia dużej krzywdy. Zapytajcie lekarzy, co można złego zrobić człowiekowi, jeśli się pozna jego grupę krwi. Same komórki też się przydadzą.

            Powiedziano mi dopiero po szkodzie, że najczęściej kradną w internetowych kawiarenkach. Zatrzymują pieniądze, podobają im się portfele a dokumenty rozrzucają po najbliższej okolicy. Jest dobrze, jeśli znajdzie je policja. Nie jest dobrze, że zamiast zawiadomić poszkodowanego, rozsyła te dokumenty do wszystkich, którzy je wystawiali. A ci albo powiadomią albo nie. Dowodów złodzieje nie wyrzucają, nawet „książeczkowych” i nawet przeterminowanych. Przerabiają i …. biorą kredyty w bankach. Potem banki do komorników, a komornicy wyrzucają ludzi na bruk, bo banki nie potrafią sprawdzać wiarygodności dokumentów. Złodzieje zatrzymują także przepustki ze zdjęciem, np. do siedzib mediów itp.

            Jak można się bronić? Przede wszystkim jak najszybciej zgłosić się na policję (liczą się godziny!), i uzyskać poświadczenie + spis skradzionych dokumentów. Data zgłoszenia będzie mówiła, że to nie właściciel posłużył się dowodem dla oszustwa.

            Złodziejski fach to też amatorszczyzna i brak manier. Kiedyś przynajmniej dokumenty odsyłali pocztą albo wrzucali do skrzynki.

Nie ukrywajmy, że się nie liczy

Polska od wieków uważana była za kraj pięknych kobiet. Gdzie te Polki wylądowały, jakich karier nie robiły?…

            Gdzie te kobiety, hej! Eleganccy panowie od dawna mówią, że nie ma kobiet brzydkich, bywają tylko trudne urody.

            Czy Państwo zauważają, jak właśnie takie nam się rozmnożyły? Jak przeważają? Jeden hollywoodzki uśmiech na całą ekipę, to za mało. Ale do obsługi, usługi, lojalności, posłuszeństwa, uległości, nadają się właśnie najlepiej te trudne. Żon i osobistych narzeczonych nie denerwują, a płci panującej oszczędzają frustracji. Myślę, że ci panowie dobrze wiedzą, że u ładniejszych szans nie mieli by nawet teoretycznie a zatem bardzo tych ładniejszych nie lubią. Wyższych ponad 160 cm w kapeluszu – także nie.

Dawno temu, na festiwalu filmowym w Wenecji, mając zapewnione miejsce na sali, wyszłam, aby popatrzeć na wchodzącą publiczność: sami całkiem nieduzi faceci prowadzili dziewczyny jak strzały – takie piękne, takie zgrabne i takie wysokie. I jacy byli dumni, ci niewysocy Włosi!

            Ten trend też chyba idzie z góry, bo takiego zalewu brzydoty w mediach, na estradzie, nie było, od kiedy pamiętam. Takiej pospolitości, pretensjonalności, braku elegancji – same za ciasne żakieciki, całe w fałdach, zapięte na guzik pod biustem. Problemy z aparatem mowy, z niemikrofonowymi głosami, problemy z telegenicznością.

            Urody Polek bronią teraz przed światem jeszcze tylko nasze Złotka.

            Ludzie, telewizja jest do patrzenia!

            Pozdrawiam, c.d.n.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6