Kategorie: Wszystkie | Curriculum Vitae | Galeria | Strona główna
RSS
czwartek, 29 marca 2007
Zamilczeć na kolejne 50 lat?

 

Wcale nie o lustracji myślę, ale o Anglikach, którym potrzeba było 57 lat od zakończenia wojny, aby w 2002 roku wystękali wreszcie, że to nie oni, ale Polacy wymyślili i skonstruowali narzędzie, które sojusznikom pomogło uniemożliwić zapanowanie nad światem niemieckiej nawały (podobnie jak w roku 1920, także Polacy zatrzymali bolszewicką nawałę w marszu na Europę).

            To narzędzie nazywało się ENIGMA (słowo pochodzi z greki, oznacza zagadkę, do dziś używane np. w formie „enigmatyczny”, czyli „zagadkowy”).

            Było ich trzech, polskich matematyków, którzy tę maszynę do rozszyfrowywania kodów wymyślili jeszcze w latach 30. zeszłego stulecia. Wymyślili ją dlatego, że właśnie w tym czasie Niemcy szykując się do wojny, skonstruowali maszynę do kodowania i przesyłania tajnych informacji… (w myśl później ujawnionego hasła: „Alle Räder müssen rollen für den Sieg” – „Wszystkie koła muszą toczyć się dla zwycięstwa”).

            Co można przeczytać w świetnej skądinąd książce „NIEWIDZIALNI ŻOŁNIERZE” wydanej w zeszłym roku przez wydawnictwo „Amber”, na stronie 31-ej?

„…raporty… zawierały ściśle tajne informacje wywiadowcze, ODKODOWANE PRZEZ BRYTYJSKICH SZYFRANTÓW, KTÓRZY ZŁAMALI KOD NIEMIECKIEJ MASZYNY SZYFRUJĄCEJ  ENIGMA…”

 

            Fakt, nasze encyklopedie przez lata omijały to hasło (chyba w obawie, żeby się nie narazić sojusznikom, którzy np. nie dopuścili polskiego wojska, zwłaszcza polskich lotników, do powojennej parady zwycięstwa w Londynie, a pewnie także, aby nie irytować „sojuznikow”, których polski udział i w ofiarach i w zwycięstwie tej wojny też nie był potrzebny).

            Ale w tymże samym roku 2006 – wcześniej, zanim ukazali się „NIEWIDZIALNI ŻOŁNIERZE”, w encyklopedii opracowanej przez Wydawnictwo Naukowe PWN, a wydanej sumptem „Gazety Wyborczej”, to hasło się pojawiło (teraz cytat będzie trochę dłuższy, ale warto wiedzieć):

„… (replika niemieckiej  e l e k t r o m e c h a n i c z n e j  maszyny szyfrującej, zbudowana w polskim ośrodku dekryptażu w Pyrach koło Warszawy, umożliwiała  m e c h a n i c z n e  rozkodowywanie treści niemieckich depesz.

W lipcu 1939 r. po jednym egzemplarzu ENIGMY przekazano Wielkiej Brytanii i Francji. We wrześniu 1939 r. polską grupę dekryptażową ewakuowano z Polski i zainstalowano we Francji. Nasi matematycy współpracowali ściśle z Anglikami, którzy na podstawie dzieła polskich kryptologów zbudowali ośrodek nasłuchowo – dekryptażowy, przechwytujący treść niemieckich depesz do końca II wojny światowej. Umożliwiło to aliantom poznawanie treści rozkazów i planów operacyjnych Niemców”.

            Można i należy rozumieć, że tłumacza i wydawnictwo obowiązują rygory umowy, ale gwiazdkę i odsyłacz do tekstu:

„…odkodowanie przez  b r y t y j s k i c h  s z y f r a n t ó w, 

k t ó r z y  z ł a m a l i  k o d  niemieckiej maszyny szyfrującej ENIGMA…”

można by wprowadzić, choćby powołując się na Anglików, bo jednak ujawnili prawdę na 4 lata przed polskim wydaniem książki. Choćby na to! Ale to tylko dowód, jak skutkuje likwidowanie przez zamilczanie – zdarzeń, wydarzeń, spraw, ludzi – w ogóle prawdy a przede wszystkim historii.

            „NIEWIDZIALNI ŻOŁNIERZE” Philipa Gerarda to książka napisana przez Amerykanina i tak napisana, jak musi się pisać w Ameryce, aby w ogóle być wydanym – przez losy pojedynczych ludzi - na tle całości i o całości. Opowiada ona, właśnie opowiada, a nie spisuje czy sprawozdaje – o mistrzach iluzji i dezinformacji, o tajnym oddziale w II wojnie światowej, który tak jak w ścisłej tajemnicy powstał i walczył, tak tuż po wojnie, także w tajemnicy rozpłynął się w nicości.

„Ich głównym zadaniem była dezinformacja przeciwnika, złudzenia optyczne, triki – fałszywe komunikaty radiowe, blef, sztuczki dźwiękowe, rozmaite „zniknięcia”, a wszystko obliczone na skłonienie wroga, aby robił to, czego chcieli Amerykanie. Byli w tym dobrzy – ich ostatnią sztuczką było zniknięcie z kart historii”

PS. Narodowy Bank Polski niedawno przywrócił pamięć o polskich matematykach: Marianie Rejewskim, Jerzym Różyckim i Henryku Zygalskim. Wydano dwu-, dziesięcio-, i stuzłotowe monety i wystawiono w Muzeum Techniki w Warszawie. Jest tam także jedna z oryginalnych polskich wersji ENIGMY z lar 30. O innych honorach dla tych ludzi – którzy de facto położyli solidne podwaliny pod zwycięstwo sojuszników (znać rozkazy operacyjne wroga, to było, jak świat światem, marzenie wszystkich dowódców), powtarzam – o innych honorach dla tych Panów, lub tylko dla ich pamięci, lub tylko dla ich rodzin – nie słychać.

 

Posłyszane:

            „… przecież te wszystkie awantury wywoływane są celowo. Teraz, przynajmniej dwie w tygodniu, bo jedna poruszy ludzi góra na dwa dni, a potem trzeba rzucić następną kość. To nie jest informowanie opinii publicznej o dziejących się aferach, zbrodniach, przestępstwach, to jest  z a j m o w a n i e  uwagi społecznej po to, aby nie interesowała się tym, czym nie powinna…”

            A może to już sukces, że mamy własnych fachowców od takich machinacji i eksperymentów na społecznej świadomości? Uściślijmy: eurofachowców…

 

Przeczytane:

            O popisach wschodnich nuworyszy (franc. nouveau rich, pol. parweniusz, dorobkiewicz), którzy bogatemu Zachodowi od niedawna dają lekcję kultury, życia i użycia (zapalanie studolarówką cygara, to już nędzny amerykański banał), których to lekcji rozmiar sprawia, że za pokojówkami w najeżdżanych hotelach musi chodzić ochrona, aby bronić je przed seksualnym rozjuszeniem i gwałtami. Wschodnia „dama” z pogardą ocenia zazdrość Francuzów o to, że nie potrafią bawić się tak, jak jej rodacy i pokpiwa sobie z właściciela hotelu w Alpach, któremu ręce się trzęsą przy otwieraniu butelki szampana za 15 tysięcy euro…

            Policja francuska, jeśli ma do czynienia z rozpasanym wschodnim miliarderem, oczywiście uwierzy jego zapewnieniom, że nie zajmuje się on sutenerstwem, a kilkanaście młodych i pięknych kobiet wozi za granicę nie dla zarobku – niby po co miliarderowi zarobek – ale, uwaga: na potrzeby własne oraz grona przyjaciół… Na potrzeby!

            Nawiasem mówiąc, medycyna od dawna jest świadoma zależności pompowanego w organizm alkoholu od nasilenia „tych potrzeb” (bardziej w wyobraźni, niż możliwości ich realizowania w rzeczywistości). Zalkoholizowani ogniści kochankowie, to jest to, o czym śnią po nocach wszystkie kobiety świata, nieprawdaż?…

 

Pomyślane:

            Kiedy ludzi ogłusza rzeczywistość i ta realna i ta konstruowana, kiedy mają dość zamętu, krzyków, podsłuchu, fałszywych oskarżeń, fałszywych donosów, ubeckich konfabulacji i tej całej amatorszczyzny, włącznie z czystkami pokoleniowymi – niewykluczone, że może przyjść kolej na przykład na rudych? - ludzie mówią: dosyć,

wojny nie ma, dlaczego mam żyć na polu bitwy?

            Wszędzie tam, gdzie da się pracować i żyć w spokoju, wyjeżdżają. A menadżerowie naszych igrzysk trwają w złudnej nadziei, że do nich wrócą. Z pieniędzmi. Otóż nie wrócą. A co gorsza, nie wrócą także z życiem poczętym tam. Ci, co zostają, wybierają seriale, zwłaszcza starsi, wybierają świat wirtualny, w którym jeszcze istnieje jakaś logika, jakiś sens, akcja ma początek, rozwija się, nadchodzi epilog. Bohaterowie są sympatyczni, w miarę miło na nich patrzeć, to o ich przygodach - przecież wymyślonych – rozmawia się przy rodzinnych stołach, nie o tym, co powiedział – mniej lub bardziej głupio – jakiś mianowaniec wstajom, idom, siedzom, mówiom.

            Nie rozmawiają o książkach, bo nie czytają.

            Jeszcze trochę, a nie będzie nawet ochotników na dyskusję o życiu poczętym, bo albo nie będą chcieli wspominać, albo nie będą pamiętali o co chodzi.

 

Zacytowane:

            „Bezwstyd siada przed kamerami obok przyzwoitości i to nazywa się obiektywizmem. Bezwstyd swoim wygadaniem zatyka przyzwoitość i to się nazywa przewagą. Bezwstyd nie boi się kłamstw i to się nazywa skutecznością. A my się przyzwyczaimy i to będzie nasz nowy ustrój”. Tak powiedział Stefan Bratkowski.

            Mam metafizyczną niemal pewność, że dwudziestoparoletni mianowani i forsowani „geniusze” przez najbliższe 50 lat czegoś takiego ani nie powiedzą ani nie napiszą. Chyba, że przepiszą.

            Pozdrawiam wszystkich, c.d.n.

wtorek, 06 marca 2007
Jeśli nie wiadomo, o co chodzi…

 

            Według poglądu pewnego prawnika, nie ma sprzeczności między ekologami a mieszkańcami Augustowa.

            Interesy firm przewozowych i kierowców są w ogóle pomijane.

            We wszystkich przypadkach, z którymi miał do czynienia ów prawnik jako adwokat, wina zawsze leżała albo po stronie kierowcy albo pieszego.

            A skoro tak, to trzeba postawić zakaz wjazdu i przejazdu. Tyle prawnik. Punkt.

            A ja myślę, że jeśli parę lat temu mogło zniknąć 300 milionów dolarów z Unii przysłanych na autostrady (kupiono zaledwie kilka luksusowych samochodów dla kontroleró, którzy będą dojeżdżali na miejsce przyszłych robót), to w końcu za następne kilkaset można by wreszcie wybudować kilkadziesiąt kilometrów  i n n e g o  objazdu, przez okolice mniej gęsto zamieszkane i mniej cenne ekologiczne.

            Bo naród, bombardowany przez ten konflikt, przez spektakularny dramat i tak swoje wie. Ma swoje doświadczenia, swoją pamięć, swoje mity i swoje wytrychy.

            Uważa także, że zaciekłość w uporze przeciw zarządzeniom Unii, do której wciąż mamy finansowe interesy i oczekiwania, wskazywałaby, że może w tej sprawie być drugie, a nawet trzecie dno.

`            „…Jakże mnie moja głębia przygnębia, westchnęła głębia

                 a na to dno: no, no…”

 

            Czy to takie dziwne, co naród mówi: że cały ten taniec decyzyjny, próby przerzucania odpowiedzialności, a to na społeczeństwo, a to na ekologów, a to na lokalną wspólnotę, a to na powszechny plebiscyt, determinacja w strachu przed decyzją, może świadczyć już tylko o tym, co twierdzi naród -

            że ktoś zapłacił, ktoś wziął

          i nie chce, albo już nie może oddać.

           

            Jaka trudność, przynajmniej w narysowaniu na mapie takiego objazdu, który tę nieistniejącą autostradę przedłuży nawet o kilkadziesiąt kilometrów, oszczędzi i miasto, jego mieszkańców a daruje życie całemu temu fenomenowi przyrody, zaledwie kosztem przeniesienia kilku siedlisk i utratę kilku hektarów lasu. Tak, jakbyśmy tych lasów nie sprzedawali wszystkim, którzy pokażą pieniądze.

            A potem lamentujemy nad klimatycznymi zmianami, nad wichurami, nad powodziami. I jak od dawna w naszej historii jesteśmy organicznie niezdolni do łączenia przyczyn ze skutkami.

            Kapłani egipscy to mieli łatwe rządzenie. Umieli obliczyć, kiedy będzie zaćmienie księżyca i narodowi mówili, że to gniewają się Bogowie.

Wszystko się rozpada?

 

            Naprawdę doszliśmy do kresu? Jedni spóźnieni i zdyszani jak my, inni – wyczerpani brakiem nowych pomysłów na zaistnienie, na pieniądze, na władze.

            Religie – stąd sekty jak kąkol w zbożu, upada autorytet kościołów, bo upada autorytet i wizerunek ludzi prowadzących je. I wcale nie z powodu nagłaśniania ale z powodu praktyk przywódców, braku elementarnego skrępowania.

            Nauka – zaplątała się, rozszczepiła na wiele podgałęzi, pod-nauk, a między nimi zrobiło się dużo miejsca dla oszołomów. Ludzie przestali rozumieć, o czym mówią uczeni. A zatem nie wiedzą, co oni robią i co nam szykują.

            Czy któryś z innych deputowanych w Parlamencie Europejskim wywołał tyle zamieszania i tyle krępującego zainteresowania swoimi etnicznymi napaściami, obalaniem teorii ewolucji i zapewne paru innych w niedługim czasie, co wybraniec Polaków? „Niech nas ośmieszają, żeby tylko zwracali na nas uwagę”.

            Europa dziwi się i pyta, po co wpuszczaliśmy tych awanturujących się, językowych analfabetów, z fatalnymi manierami (gwałty, pijaństwo, sposób życia i konsumowania cywilizacji)? Ja przynajmniej od dwóch lat czekam, by odezwał się na forum europejskiego parlamentu pewien „z przeproszeniem” kolega – dziennikarz”. A on nic, cichutko konsumuje. Ku mojemu zdumieniu odezwał się ostatnio jako „korespondent”, przez nikogo nie akredytowany. Ale za to mówiący po polsku, bo czuje tylko po polsku.

            (Nawiasem mówiąc, co wolno było wielkiemu artyście, tego już na pewno nie wolno komuś, kto „pokazywał się” w telewizorze. Pokazywał się, to nie znaczy, że istniał. Ale podobno naród go „wybrał”, bo go „znał z telewizji”. Z powodu jednego zdania, które od lat znali wszyscy, a on wypowiedział je wcześniej niż inni. To zdanie brzmiało: „Moskwa chciała zabić Papieża – Polaka”.

            Nie napiszę wam teraz „pora umierać”, by nie usłyszeć: „to zacznij od siebie”. Czy naprawdę dochodzimy do kresu?
Dlaczego Zachód zaczyna przegrywać ze Wschodem?

 

            Z własnego doświadczenia wiem, że autora mniej boli, kiedy sam musi skracać własny tekst. Dlatego o odpowiedź na to pytanie poprosiłam kogoś, kto tym tematem zajmuje się na kilkudziesięciu stronach własnej książki „Inne światy, inne drogi”.

            Odpowiada Giełżyński:

            Po pierwsze: wciąż przybywa tych na Wschodzie, chociaż wolniej, a białych ubywa na Zachodzie – i w dodatku się starzeją. Słowem: klęska demograficzna.

            Po drugie: Nie rozumiemy ani istoty ani ogromu różnic, między mentalnością, psychiką, ideami, obsesjami ludzi Wschodu i naszymi. Skoro zaś nie rozumiemy, to stale się mylimy. Jak prezydent Bush.

            Po trzecie: Globalizacja tworzy coraz większą przepaść pomiędzy małymi wyspami wyuzdanego bogactwa a oceanami nędzy.

            Po czwarte: Oni mają wizję triumfu islamu (bądź „państwa środka”, jak deklarują Chiny)

            A my? Nie mamy porywającej wszystkich idei, bo chrześcijaństwo wygasa, wspólnota europejska się kruszy, duma białych wyparowała.

            Po piąte: Oni godzą się pracować za jedną dziesiątą, jedną dwudziestą płacy na Zachodzie, choć pracują starannie i pilnie; czyli nie zdołamy z nimi konkurować.

            Po szóste: Łudzimy się, że takie wartości, jak prawa człowieka, czy demokratyczna równość, są najcenniejsze. Oni wyżej cenią hierarchiczność, interes wspólnoty, a nawet (jak w Indiach) zasadę ludzkiej nierówności, zgodnie z ich podziałami kastowymi. Bo to z głowy bóstwa Purusza, wyszli bramini (kasta panująca), z ramion – szlachta i rycerstwo, z brzucha – stan trzeci czyli kasta kupiecka, a z nóg – robotnicy i chłopi. I tak już ma być zawsze.

            „Inne światy, inne drogi” Wojciecha Giełżyńskiego starczyć by mogły na kilka słowników, gdyby je pod tym kątem podzielić. A zwłaszcza zawarte w tej książce: umiejętność opowiadania (to wielka sztuka, zanikająca i w słowie i w piśmie), zdolność syntezy zjawisk, analizy i prognoz, a wszystko podane z publicystycznym nerwem i z rzadko teraz spotykaną erudycją – przydałoby się i politykom i dziennikarzom, zwłaszcza atrakcyjny sposób opowiadania należy do talentów tyleż towarzyskich, co pisarskich, taki autor nigdy nie nudzi, ani siebie, ani nas.

            Konkluzje Giełżyńskiego nie brzmią zbyt rozrywkowo. Analizując stan i podział światowych zasobów, rozmiary i konsekwencje kryzysu energetycznego, Autor konkluduje:

            Nadciągają okropne czasy. Kiedy obecne przedszkolaki osiągną wiek emerytalny, kto im te emerytury wypłaci, skoro na jednego człowieka pracującego będzie przypadało trzech dziadków? Do tego z braku paliw płynnych przestaną latać samoloty, statki nie wypłyną z portów, stanie calutka motoryzacja, jak będą się przemieszczać ludzie, skoro konie są rzadkością? Rozgorzeją totalne wojny o ostatnie kanistry ropy, może nawet wojny atomowe? Istny Armageddon i totalna klapa!

            Polska, Bogu dzięki, przetrwa dłużej, bo mamy węgiel i umieliśmy, może potrafimy nadal wydobywać go i przetwarzać na paliwo płynne. Mamy i rzepak na domieszki ekologiczne i kartofle oraz buraki cukrowe, z których da się pędzić etanol, lepszy ponoć od benzyny E95. Cała usychająca Europa będzie pielgrzymować pod nasze dystrybutory, wołając zachęcająco: „Nicea o muerte!”, a kongres USA będzie nas wpuszczać nawet bez wiz, o ile uda nam się jakoś przepłynąć Atlantyk.

            Wszyscy będą się do nas przymilać. Szkoda, że tak krótko, bo zaraz nastąpi koniec świa……”
Artystyczne / towarzyskie

A propós Oskara dla Helen Mirren za rolę Elżbiety II w filmie pt.: „Królowa”: już wcześniej mówiono w Londynie (tzn. niewiele później w Warszawie), że Jej Wysokość zaakceptowała właśnie tę aktorkę, ponieważ wiadomo, że z pochodzenia jest również arystokratką: „lubi nas czy nie lubi, ale nas zna” – miała powiedzieć Królowa. Dziadek aktorki, do Rewolucji Październikowej ambasador carski w Londynie, zrezygnował z funkcji i nie wrócił do Rosji, jako arystokrata nie miał tam czego szukać, ani on, a ni jego rodzina. Pozostał na emigracji. Rosyjska arystokracja od pokoleń jest spokrewniona z brytyjską (i nie tylko). A więc i z Dworem Św. Jakuba. Ze zrozumieniem więc przyjęto podziękowanie Helen Mirren pod adresem Monarchini za Oskara: „bez Niej, mnie by tu nie było…”

            A propós związków arystokratycznych: podobno fakt, ale anegdota, opowiada o pewnej starszej pani, skromnej pracownicy naukowej w jednym z instytutów w Moskwie, którą wysłano do Londynu w poszukiwaniu dokumentów w brytyjskich archiwach.

            Starszej pani skończyły się pieniądze, nim ukończyła pracę. Napisała więc do Moskwy prośbę o przedłużenie pobytu. Otrzymała je.

            Po powrocie pytają: Wysłaliśmy wam zezwolenie, towarzyszko, ale nie wysłaliśmy pieniędzy. Jak przeżyliście te kilka miesięcy?

-         Napisałam do kuzynki i poprosiłam o pomoc…

-         Kto to jest ta kuzynka, jak się nazywa?

-         Elżbieta Windsor, w Londynie, Pałac Buckingham…

 

Włosi mówią: se non è vero e ben trovato (nawet jeśli to nieprawda, to jest dobrze powiedziane).

Faktem jest, że nie wszystkich arystokratów w Rosji udało się wymordować w rewolucyjnym zapale. Wiadomo było przez lata o niektórych osobach pracujących dla filmu ale też np. dla dyplomacji. Drobny przykład – w scenie jedzenia lodów w filmowej adaptacji, czy też cytacji, z „Eugeniusza Oniegina”. Były jedzone tak, jak mogła je jeść dama (dobrze przez damę przećwiczona). W naszym filmie scenę tę zagrała aktorka, która te lody zasuwała tak, jakby je jadła z patyka, kupione na ulicy.

Dyplomaci także byli doszlifowywani przez niedobitki byłych arystokratów. Sama dałam się nabrać na przekonanie, że rozmawiam z dyplomatą od pokoleń, ni mniej, ni więcej, tylko w siedzibie ONZ w Nowym Jorku. Mordowałam się po angielsku, a on mówił tak wspaniale, że to właśnie mnie zmyliło. Po kilku latach tenże światowiec pojawił się na lotnisku w Moskwie, obok mojej koleżanki z tamtejszej telewizji, która wyjechała mi na spotkanie. Był jej mężem od lat. Ja przyleciałam jako osoba towarzysząca delegacji artystów na filmowy festiwal.

Fatalne, prawda? Przyznawać się do czegoś takiego, to prawie jak studiować w MGIMO...

Se non è vero è – chyba - ben trovato.

 

Pozdrawiam, c.d.n.