Kategorie: Wszystkie | Curriculum Vitae | Galeria | Strona główna
RSS
czwartek, 22 listopada 2007
To już nie będzie wymiany "elit" na uniwersytecie?

Dawno temu uczyłam się szybkiego czytania i już myślałam, że nie będę czytała czegokolwiek przez dwa miesiące. A jednak! I nie chodzi tylko o dzieło z głębi historii ale dzieło zarówno historyczne jak i literackie zarazem. Dzieło zrodzone pod szczęśliwą gwiazdą – w dwóch osobach (ależ proszę się nie denerwować…). Autora – profesora Normana Daviesa i tłumaczki, także profesora – Elżbiety Tabakowskiej (Przepraszam, wolę wcześniej awansować, niż awans pominąć).

Od czasu do czasu zdarza się nam Polakom, że mamy więcej szczęścia niż rozumu. Bo trafia się nam ktoś, kto lepiej od nas wie, czego nam trzeba, niż my sami. Ktoś, kto od lat uświadamia nam, skąd się bierzemy, dokąd idziemy, gdzie jesteśmy i po co. Ten niezwykły Walijczyk będzie jeszcze kiedyś miał pomniki na obcej ziemi, bo nie sądzę – przy jego poczuciu humoru – aby pozwolił je stawiać sobie za życia. Czy nie będzie też warta pomnika Polka, która go tutaj zatrzymała, na nasze i Jej szczęście? Polska od wieków uchodzi za kraj pięknych kobiet, aliści ostatnio… mogło się wydawać, że albo pochowały się same, albo mają zakaz publikacji wizerunków, taki, do którego nikt się nie przyzna. Zamiast nich wtargnęły w życie publiczne rozkrzyczane pospolitości, które same nazwały się pięknościami i egzekwują te określenia w języku sfer niższych niż niskie. Dla porządku: Wyspiański nie napisał, że nam "r z e c z y w i s t o ś ć skrzeczy". Napisał, że nam "p o s p o l i t o ś ć skrzeczy". Ot, co.

Skrzeczenia w tej cytacji też nie użyłam przypadkowo. Czy słuch zdemolowany w dyskotekach i słuchawkach, pozwala nam jeszcze usłyszeć głosy tak dalece nie telewizyjne i tak dalece nie radiowe, że właśnie s k r z e c z ą? Obawiam się, że już nie.

Czy słowna sieczka, która dźwięczy agresją w kilku pierwszych sylabach zdania, a potem przemija w dźwiękach zlepionych w monotonnym szmerze, komunikuje nam cokolwiek wartego zapamiętania? Wystarczy oglądać najnowsze seriale, z dobrymi skądinąd aktorami.

Pytałam kilka osób, czy zauważyły w dniu zamachu stanu w Pakistanie, że “wyszli na ulicę Indianie”? A wyszli, o dwunastej w południe, w wiadomościach radiowej Jedynki. Czy zatem należałoby domniemywać, że w amerykańskich rezerwatach mieszkają Hindusi? Trudno zgadnąć, moi akurat rozmówcy tego nie zauważyli. My tego nie słuchamy, oświadczyli. Szkoda, bo to właśnie skutki wymiany elit dziennikarskich na pospolitość.

Wrócę jeszcze do osoby pani prof. Tabakowskiej, tłumaczki “Europy” Normana Daviesa, która twierdzi, że właśnie walorom literackim po części jego pisarstwo zawdzięcza powodzenie (jest faktem, że np. w Ameryce i innych z krajów cywilizacji zachodniej, najbardziej kopernikańskie z istoty i odkrywcze dzieło nie ma szansy na publikację, jeśli nie będzie atrakcyjnie napisane). Pani profesor zwraca więc uwagę na niezwykle bogaty język Normana Daviesa, “pełen niecodziennych słów, niekonwencjonalnych wyrażeń, nieoczekiwanych aliteracji, który jest równie oryginalny jak jego sposób patrzenia na historię”. Pani profesor przyznaje, że próba oddania tego uroku w przekładzie – była nie lada wyzwaniem.

Powiedziałabym, że temu wyzwaniu Jej przekład sprostał w sposób, który czytelnikowi dostarcza powodów do dodatkowych zachwytów, choćby przytoczony wynalazek Autora – “intellectual frangipanery”, którzy studenci pani profesor przełożyli na “intelektualną marcepanerię”.

Daj Panie Boże każdemu profesorowi takich studentów, ale i studentom takich Profesorów.

Larum grają...

Aby było jasne: jestem ZA abonamentem, ale mądrze pomyślanym i uczciwie rozłożonym. Jeśli transport miejski może za darmo wozić osoby po siedemdziesiątym piątym roku życia, mogłyby i media publiczne zdobyć się na podobny gest. Nawet 9 milionów emerytów to będzie mniej niż 60% nie płacących teraz. Nawiasem pytając: jeśli większość osób w tym wieku żyje w domowej ciszy nie mając się do kogo odezwać, a mówi do nich tylko radioodbiornik i telewizor? To…

Lament w mediach elektronicznych podniósł się nie przede wszystkim dlatego, ze trzeba by wobec braku abonamentu powrócić do honorarium, jakie zawsze otrzymywali prawdziwi dziennikarze, ci którzy radio i telewizję stworzyli i tworzyli, a nie ci, dziennikarzami mianowani, którzy i radio i telewizję zdążyli już zdemolować, lub – jak kto woli – uczynić maglem do wynajęcia. Maglem, pseudoprokuraturą, sądem ludowym, czy maszyną do szczucia na oślep, bądź ze wskazaniem. Jeśli zabraknie takich pieniędzy, którymi teraz opłaca się “czyścicieli”, będą musieli wrócić tam, skąd przyszli. A przyszli tak na dobrą sprawę – znikąd.

Pisałam niedawno, że zarobki w mediach elektronicznych oczywiście były wyższe niż w prasie drukowanej, ale też warunki zewnętrzne i potencjał osobowy, których te media wymagają, były i są nadal bez porównania wyższe, niż zdawać by się mogło po obejrzeniu parady obecnie mianowanych “gwiazd”. A tymczasem nie pojawiła się ani jedna postać w telewizji, na widok której naród oniemiał by z zachwytu, nie pojawił się w radiu ani jeden głos i ani jedna osobowość, które do odbiorników przykuły by miliony. Jak na razie rolę magnesów pełnią ci, którzy cudem z czystki się uratowali. Ale ich na razie trzyma się w strachu twierdząc, że pod gmachami stoją tabuny (watahy?) młodych nieuczonych i niedouczonych geniuszy. Właśnie ci od Indian w Pakistanie i pewnie Hindusów w rezerwatach. Na antenie godzinami w rolach dziennikarek (“jak się Państwu podoba nasza nowa dziennikarka”?) brylują: śpiewaczki operowe, piosenkarki, artyści różnej maści. I myślą: jakie to łatwe, będzie dobra fucha, jak wysiądzie głos do śpiewania.

Na przyspieszonych kursach “dziennikarstwa” uczą ci, którzy w różnych zakamarkach radia i telewizji przetrwali wszystkie etapy i zakręty, z zapałem przyczyniając się do wyrzucania za burtę wszystkich, którzy ich denerwowali, ale przetrwali na stanowiskach dziennikarzami i innymi twórcami jako zarządzający, bo od dziesiątków lat publiczności pozostający nieznani z autorskich, czy to ekranowych czy radiowych programów.

I właśnie podejrzewam, że głownie dla nich i ich szefów “z klucza” ma trwać abonament. Żeby t y l k o abonament! Media publiczne chcą mieć i ten podatek od nas i dofinansowanie i reklamy. A szefów do rządzenia mediami nadal będzie zsyłała władza. Władza ma rodziny i trzeba będzie ich szukać w kościołach, parkach, aby się z nimi zaprzyjaźnić a najlepiej u nich się udomowić. Bo rodziny będą mianowały w telewizji dyrektorów, w radiach prezesów, a w radach – partyjnych funkcjonariuszy, oddelegowanych z wszystkich możliwych zawodów oprócz takich, które mają w mediach mieć dla siebie miejsce.

Kto kiedy ogłosi publicznie, że powiedzenie o

kucharce, która może rządzić państwem

było jedynie inteligenckim paradoksem?

Od ilu lat ile milionów ludzi znosi, że co jakiś czas paru zawodowych rewolucjonerów bierze to na serio? I rzuca maszynistkę, żeby rządziła telewizją? Ta z kolei przywłaszczy sobie elegancko brzmiące cudze nazwisko, skopiuje czyjś atrakcyjny życiorys zawodowy, do tego dołączy “właściwe maniery”… Przy dworach rzeczywiście funkcjonowali linoskoczkowie, tancerze, trubadurzy i zawodowi pochlebcy. Karmieni nieźle, z pańskiej kiesy opłacani dobrze, a wobec nich wolno było panom mieć fanaberie awansowania, utrącania lub wywyższania. Tylko, że to się działo z kasy pańskiej a nie z naszych wdowich emeryckich groszy zwanych abonamentami.

Co ma demokracja?

Jakieś dwa lata temu cytowałam w felietonie radiowym autora, którego do tej pory nie znajduję w encyklopediach: Żarko Petan (brzmienie wskazywałoby na Serba lub Chorwata). Sformułował diagnozę:

historycy fałszują przeszłość

a ideolodzy – przyszłość.

Jeśli ideologów zastąpimy politykami, też wyjdzie na to samo. Historycy ogłaszają klęski jako zwycięstwo (jeśli fakty temu przeczą przynajmniej moralne), narody je potem świętują a politycy zwyciężając o obietnicach zapominają, albo nie są w stanie ich spełniać. I tak żyjemy – lud Boży – doraźnością od wydarzenia do wydarzenia, od awantury do awantury, od uchwalenia do obalenia, od obniżki do podwyżki lub odwrotnie. Warto więc rozejrzeć się za kimś, kto zaproponuje spojrzenie z dystansu, a książka Jacquesa Attali “Świat, który nadchodzi” – w świecie, który zmienia się w galopie, do dziś nie przestała być ważna. W każdym razie nie napotkałam zakwestionowania zawartej w niej diagnozy. Dla porządku: Jacques Attali jest ekonomistą, założycielem i pierwszym prezesem Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (tego, w którym pracowała nasza warszawska Pani Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz a obecnie nasz ex-premier Kazimierz Marcinkiewicz).

Ta książka też napisana jest tak, żeby można ją było czytać, a nie tylko “zakuć, zdać i zapomnieć”. Uświadamia nam nasze miejsce w świecie, bo jakkolwiek nam to idzie, to przyłączyliśmy się do niego a on JEST W RUCHU.

I oto twierdzenie, że epoka przymierza

wolnego rynku i demokracji

właśnie dobiegła końca.

A przyczyną jest brak równowagi między nimi: wolny rynek staje się globalny, a demokracja występuje tylko w niektórych obszarach, rzec by można – lokalnych.

Nasze szczęście, że jesteśmy tym “niektórym” obszarem i zaczyna do nas docierać potrzeba, wyrażana ostatnio w billboardach “myśleć globalnie, działać lokalnie”. W polu widzenia mamy obszary, które, wcale nie małe, żądają prawa do demokracji, ale w ich stylu i na ich miarę. A to już, czymkolwiek jest, demokracją nie jest na pewno. Nam się to podoba albo nie, ale z tym też musimy mieć do czynienia. A człowiek uczony dopowiada, że

“rynek i demokracja to związek bez przyszłości, bo któreś z nich w końcu zdławi to drugie”. Ciekawe, g d z i e zdławi wpierw. W podobnych “okolicznościach przyrody” we Lwowie mawiało się: “serwus, lody”.

A skoro życie płynie dalej, co pozostaje np. emerytom? Myśleć, nie dać się zakuć w slogany, hasła, prawdy jedyne i próbować cokolwiek lokalnie. Czyli dla siebie. Co pozostaje np. dziennikarzom obłożonym infamią na zlecenie a więc i tajnym zakazem pracy zawodowej (do którego nikt się przyznać nie chce. Tacy odważni)? To samo.

Pozdrawiam, c.d.n.