Kategorie: Wszystkie | Curriculum Vitae | Galeria | Strona główna
RSS
wtorek, 20 lutego 2007
My, tubylcy…

 

Nawet jeśli nie wszyscy o tym wiemy, jesteśmy już tak traktowani. Mamy własnych kolonialistów, którzy teraz w naszym kraju odświeżają wspomnienia o urokach kolonializmu, jako, że dawne kolonie całkiem niedawno (w sensie historycznym) potracili. Kupili sobie - całkiem niedrogo - tłum, którego języka nie życzą sobie znać a własnych nazwisk nie życzą sobie tłumowi udostępniać. Nie mają adresów, nie mają telefonów, nawet do sekretariatu, mają natomiast pośredników, tak usłużnych, że w niektórych przypadkach aż służalczych. A w innych przypadkach tak uprzejmych, że aż aroganckich.

            Wytresowali ich nad podziw, w nic nie znaczących banalnie uprzejmościowych zwrotach i w zamierzonym niezrozumieniu treści, jakie w listach przekazują ich – pożal się Boże – „klienci”. Odpowiedzi na te listy robią wrażenie jakby w ogóle nie były czytane albo czytane i ignorowane, a za to powiadające na coś, z czym klient się nie zwracał. Nieodparte wrażenie robi to, że dział odpowiadajmy na listy nie jest tym, do którego się pisało. Nasuwa się więc podejrzenie, że pracownikom korespondującym z klientami

 

nie wolno odpowiadać merytorycznie, bo korzystają z listy tzw. „gotowców”, które autorsko przypasowują do poruszanych problemów.

 

            Robi się z tego pisany dialog głuchych a skutki takiego porozumiewania się nazywano kiedyś w języku polskim „rozmową gęsi z prosięciem”. I takie też są tego skutki.

            Jeśli klient powiadomi np. STOEN, że potrafi sam raz w miesiącu obliczyć ilość zużytych kilowatów (od 1 lutego br. po 0,3235 groszy za kilowat, dodać do tego 10 zł. np. za dwufazowy licznik) i tę rewelację przekazać telefonicznie, listownie lub faksem, oni odpisują, że „ich doświadczona kadra fachowców znakomicie potrafi doradzić, jak to należy robić”…

            Jeśli klient (będę upierała się przy tej nazwie, bo przecież nie „poddany”) protestuje np. przeciwko skomplikowanym mapom sztabowym, nazywanych przez nich „fakturą” (słowo „rachunek” nie przechodzi im przez gardło – takie nienowoczesne?), oni przesyłają zdjęcie popularnego serialowego aktora, który zapewnia, że te zawikłane topografie są szalenie łatwe, aż dziw, że nie nazywają się „mapami drogowymi”. Tyle samo mają wspólnego z odnośnikami w języku polskim.

            W środowisku znana jest mniej więcej kwota, za którą coś takiego staje się dziecinnie proste, ale też nawet środowisko – artyści i inni – potrafi dojrzeć, że

sumy, których domaga się kolonialista za zużycie prądu są powiększane o drugie tyle. A to drugie tyle, kolonialista każe swym służbom nazywać „prognozą”

            Skąd wiedzą, że klient np. nie zamierza wyjechać na najbliższe dwa miesiące? – To ich tajemnica, pewnie nazywana „handlową”. Może więc słusznie unikają słowa „rachunek”, bo doświadczona kadra mogła im uświadomić, że po polsku było by to

bardzo bliskie słowu: „rabunek”

            Nie znalazłaby się w blisko 40-milionowym kraju druga mądra, dzielna i odważna Anna Streżyńska?

Zanim się znajdzie, proponuję listy tej treści (np. STOEN, ERA, TP.S.A. i inne):

 

„Akceptując wysokość waszego rachunku za energię zużytą, protestuję przeciwko naciąganiu mnie na „prognozę”, ponieważ nie jestem w stanie z mojej nędznej emerytury kredytować w nieskończoność i bez tego bogatej firmy. Bez poważania…”

Policzcie Państwo, i wyobraźcie sobie - 9 milionów takich listów!

Co jest dla starych dziennikarzy?

            Na ekranie wywiad z premierem Berlusconim. Kto prowadzi? Blondynka z dekoltem sięgającym brzegów mini, z pionowymi zwisami w uszach, które to kandelabry sięgają aż do ramion? Nie, starszy pan, dużo starszy od premiera. Dlaczego? Bo ma wiedzę, doświadczenie, skojarzenia, pamięć, wie  o  c o  i  j a k  z a p y t a ć.  Nie myli mu się wywiad z przesłuchaniem.

            Konferencja prasowa Prezydenta Stanów Zjednoczonych. W licznym gronie dziennikarzy długo zdobywającym to uprawnienie ani jednego nieopierzonego młodzika płci jakiejkolwiek. Dlaczego? Jak wyżej. I także dlatego, że taka funkcja należy się dopiero dojrzałym, doświadczonym, starszym dziennikarzom. Oni wiedzą nawet to, jak na takie spotkania należy się ubrać. Na pewno nie w dżinsy i nie obwisłe swetry. W sposobie formułowania pytania też można umieć się zachować. Albo nie.

            U nas zawsze musi być odwrotnie, niż gdzie indziej. Każda nowa władza wymienia sobie garnitur dziennikarzy na nowy i młodszy. W rachubie, że młodzi będą wdzięczni za szanse i awanse, niekoniecznie wypracowane. Że są wdzięczni, daje się zauważyć, ale to, że nie pomagają – także. Dlaczego? Bo nie potrafią trafić w złoty środek pomiędzy wdzięcznością a służalczością.

            A tymczasem, na przykład profesjonalny wywiad upoważnia do rezygnacji z tak fundamentalnych pytań, jak:

-         gazeta X zamieściła to i to. Co pan na to?

-         Polityk Y powiedział to i to. Co pan na to?

-         Badania firmy Z mówią… A pan?

Przyjmijmy, że to są atrybuty młodości. Po coś musi w uchu siedzieć sufler…

Starzy?

 

            Profesor Władysław Bartoszewski. 85 lat. Podziwiać, gratulować i dziękować Bogu, że sprawny, żwawy, celny, szybki i mądry. Ad multos Annos!

            Benjamin Franklin, wprawdzie piorunochron wynalazł mając zaledwie 46 lat, ale mając 70 był jednym z autorów Deklaracji Niepodległości, a mając 78 wymyślił okulary dwuogniskowe.

            Goethe – mając 81 skończył pisać „Fausta”.

            Roentgen – miał 71, kiedy odkrył promienie X.

            Reagan, miał 69, kiedy został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Na dwie kadencje.

            Takich będzie coraz więcej i coraz bardziej będą przeszkadzali tym, u których się na coś podobnego nawet nie zanosi. Wchodzenie w taką starość wymaga rozumu, aby właściwie obchodzić się z własnym organizmem, własnym zdrowiem wogóle i szczególnie z własnym mózgiem. No i genów, jakby nie było. To dopiero „układ”, co?

            Pisze „ono” i co ważniejsze, drukuje! Że za parę lat bez niego, dwudziestoparolatka i bez jego kumpli, nie odbędzie się żadna poważna dyskusja w Polsce. Voila, panowie będą uprzejmi, choć nie jestem pewna, czy będziecie jedynymi, których ludzie zechcą czytać i słuchać. Pisze jeszcze (i drukuje), że „aby dokonać sądu na poprzednim pokoleniu” (?!)… a dalej, że „dla ludzi urodzonym po roku 1970-tym rozliczenie z przeszłością rodziców jest warunkiem ruszenia do przodu” (?!)… I tak dalej, pogratulować samopoczucia.

            Nie mam nic przeciwko temu, żeby panowie osądzili własnych rodziców za to np., jak was nie wychowali. I jeśli wam na to pozwolą. Ale już nawoływanie do linczu pokolenia waszych dziadków, bo w zawodzie źle się prezentujecie na ich tle… No cóż, nieuzbrojonym okiem widać, kto zamawia, kto kwituje i czym.

            To co powyżej nie znaczy, że

STARZY DZIENNIKARZE NIE MAJĄ OBOWIĄZKÓW

            Po pierwsze: im już na pewno nie wolno a nawet nie wypada tumanić ludzi. Nie wolno kompromitować gazety, w której odbiera się autorstwo definicji prawnej żyjącemu prawnikowi i autorowi dzieł z zakresu tej nauki, aby je przypisywać nieżyjącemu już jego uczniowi, bo to gazeta potem się wstydzi i rezygnuje z autora.

Nie kompromituje się kolejnego dziennika wmawiając jednopłciowy „mariaż” wybitnej postaci świata lekarskiego z uczniem, też „kimś” w medycynie, tyle, że właśnie w tych dniach stojącym pod pręgierzem. Wybitna postać występuje w „mariażu” pod tytułem, imieniem i nazwiskiem, uczeń – ukrywany jest pod inicjałem. Tymczasem

słowo „mariaż” znaczy „małżeństwo”,

z francuskiego „mariage”. Dawno temu grywano także w „mariasza” – to były karty. Tego właśnie starszemu dziennikarzowi nie wolno nie wiedzieć, bo teraz skolei dziennik się wstydzi. Nie prognozuję, co dalej.

            Średni dziennikarz, już nie młody, jeszcze nie starszy, taki w sam raz, także powinien uważać, zwłaszcza, że jeszcze ma kogo pytać. Kiedy wybitny prawnik posługuje się pojęciem: „kodeks Boziewicza”, to na pewno nie ma na myśli kodeksu Bohdziewicza, tak jak z nagrania chciała zrozumieć dziennikarka, bo jej się skojarzyło z nieżyjącym już reżyserem filmowym. Kodeks Boziewicza określał, kogo było wolno i kto miał prawo wyzywać na pojedynek (nawiasem mówiąc w większości krajów od dawna zakazane). Dotyczył on wyłącznie osób o „zdolności honorowej”, a więc szlachty, później lekko uchylał szczelnych drzwi.

            W ten to sposób przepadła świetna riposta prof. Mariana Filara, która brzmiała:

 „Pani w istocie pyta, jak kodeks Boziewicza

zastosować do dwóch górali, którzy leją się sztachetami.

Nie da się go zastosować”.

Z tej właśnie przyczyny i jeszcze paru innych, kodeks Boziewicza nie jest już aktualny i nawet średni dziennikarze o nim nie słyszeli.

            Natomiast średni i mniej średni powinni jednak zwrócić uwagę na to, że radio to nie jest miejsce aby mówić „SZEJSET”, zamiast „SZEŚĆSET” oraz „KILKANAŚCIE DZIECI” zamiast KILKONAŚCIORO, KILKUNAŚCIORGA a nawet, o zgrozo: KILKUNAŚCIORGU DZIECIOM. Zbiera się czasami KILKANAŚCIE dziewcząt, lub dziewczynek, ale za to KILKUNASTU chłopców. Swoją drogą jest tyle pięknych zawodów, w których tego wszystkiego nie musi się wiedzieć…

 

Państwa pozdrawiam, cdn.

Ale proszę wybaczyć, jeszcze drobiazg.

 

Do natrętnego hakera z Wikipedii:

Jeśli nie przestanie obrzucać mnie obelgami znanego pochodzenia, a już wszyscy znają wasze metody oskarżania ludzi wam niewygodnych o wasze własne uczynki,

 

znajdę go i będę ogłaszała długo, ze szczegółami, plus portret pamięciowy (i nie tylko)

To żadna trudność, żeby potem nie szlochał, że nie ostrzegałam.

Z właściwymi (pod tym adresem) wyrazami, ID

Co naprawdę jest w przepisie pani Stefanii?

Dodatek Specjalny:

 

            Żeby cokolwiek zrozumieć, to po pierwsze: musi mówić tylko jedna osoba a nie dwie lub trzy razem z nią. To w ogóle jest niezła szkoła informowania o czymkolwiek.

            Po drugie, należy mówić wolno, bo ludzie nie dążą zapisywać.

            Po trzecie: należy dopytywać o szczegóły. Oto skutek:

 

NALEWKA:

- 4 łyżki stołowe ziół rozmarynu

- 2 łyżki stołowe ziół lawendy

- Pół litra spirytusu (nie podbierać!)

- Ciemna butelka a jeszcze lepiej słoik

- Może stać w kuchni przez 10 dni

- Wstrząsać codziennie

- Po 10 dniach płyn odcedzić

 

DAWKOWANIE:

3 razy dziennie nalewki po łyżeczce od herbaty, po jedzeniu, rozcieńczyć w kieliszku (jednym!) przegotowanej, lekko ciepłej wody.

Przy nadciśnieniu, uwaga, uwaga!

3 razy dziennie po 5 kropli nalewki na pół kieliszka przegotowanej lekko ciepłej wody, także po jedzeniu.

 

A JESZCZE LEPIEJ POWIEDZIEĆ LEKARZOWI, CO SIĘ ZAMIERZA< POKAZAĆ TEN PRZEPIS I ZAPYTAĆ, CZY MOŻNA.

 

MA POMAGAĆ NA:

-         krążenie (ale nie na zawał!)

-         trawienie (ale nie na skręt kiszek!)

-         dolegliwości reumatyczne (ale nie na zwyrodnienia!)

-         na przeziębienie (nie na zapalenie płuc!)

TONIK

Jeśli chcemy mieć tonik do twarzy: do wyciśniętych ziół dodać 1 litr ostudzonej przegotowanej wody. Zostawić na 3 dni. Przelewać w miarę potrzeby do buteleczki w proporcji: 1 łyżeczka na pół szklanki wody i tak jak tonik – przechowywać w łazience. Tę większą ilość także.

            Od Pani Stefanii życzenia zdrowia, a odemnie dla Pani Stefanii – ukłony.

czwartek, 08 lutego 2007
Niezmienność wśród barw?

 

Kilka dni temu pewna kobieta zakończyła rozmowę słowami: „Przynajmniej ma Pani co wspominać, takie ciekawe życie”.

Lata temu napisała do mnie młoda dziewczyna z prośbą, abym przysłała mi suknię, w której pracowałam w Telewizji w Sylwestra: „Bo chciałabym mieć Pani szczęście”.

O tak… Życie było nawet ciekawsze od chińskiego, a szczęście – daj Boże co drugiemu.

Kiedy Państwo żądają ode mnie prywatnych wspomnień, to nieśmiało przypominam, że sporo ich zawiera moja książeczka (wywiad – rzeka á rebours, czyli „onize mną”) i nosi tytuł: „TERAZ JA…” Ta książka żyje już drugim życiem, mogą ją Państwo za psi grosz kupić właśnie w internecie. Ale dzisiaj wymaga ona właściwie drugiej książki, która by rozkodowywała inicjały, skróty, omówienia, kamuflaże. W połowie października 1992 roku, kiedy się ukazała, to rozkodowanie nie było możliwe i może Państwo rozumieją, co mam na myśli.

 

 

I tak: Istniała na rynku tylko dwa tygodnie, bez reklamy, bez promocji, a po dwóch tygodniach została skonfiskowana jeszcze w hurtowniach. Tłumaczenie? „Bo źle się sprzedawała”.

A potem zaczęły do mnie dochodzić opinie: „wicie – rozumicie”, ”starsza kobita” ma obsesję, że  k t o ś  ją prześladuje.

To wszystko, co opowiedziałam w tej książce, mówiłam od 35 lat, mniej więcej. Wtedy nie byłam jeszcze „starszą kobitą z obsesjami”. Co więcej, nawet dziś mi się wydaje, że nią jeszcze nie jestem. Przepraszam, jeśli kogoś zdenerwowałam.

 

W tej książce zadano mi pytanie:

„Czy może Pani wskazać te momenty w biografii, które zdecydowały o karierze, życiu osobistym, o Pani losie? Miało coś wpływ na późniejszy splot wydarzeń i konsekwencji?”

Owszem, miało wpływ pewne wydarzenie a w nim – moje zachowanie.

Oto to zdarzenie.

Bywało się wówczas w „Kameralnej”, przy ul. Foksal, niedaleko klubów architektów i dziennikarzy. Mój mąż zaprosił mnie tam na kolację. A różniła się ta „Kameralna” tym, że można było potańczyć.

Właśnie poszło o taniec. I o „honor”. Było nas pięcioro przy stoliku: niezapomniany do dziś a wówczas ogromnie popularny Janusz Minkiewicz – satyryk, tłumacz, poeta, autor librett i w ogóle – postać, do dziś niezastąpiona. Janusz Osęka, dziennikarz i także satyryk, Kazimierz Korcelli - pisarz i dramaturg oraz mój mąż – prosty inżynier i ja – prosta dziennikarka, podówczas radiowa.

Nie pamiętam, czy orkiestra kończyła przerwę, czy dopiero zaczynała grać, ale przy pierwszych taktach, przed naszym stolikiem pojawiło się trzech oficerów. Chwieją się lekko, ale salutują.

-         Dziękuję, nie tańczę – mówi Minkiewicz.

Zero reakcji. O tym, że nie prosi się kobiety do tańca, gdy jest ona w męskim towarzystwie i ma z kim tańczyć gdyby chciała, najwyraźniej nie słyszeli.

Korcelli: Pani nie tańczy, ponieważ, jak Panowie widzą, właśnie je kolację.

Salut permanentny.

Z punktu widzenia szanującej się kobiety, nie powinnam się odezwać, ale zaczęłam tłumaczyć. Dopóki siedzę, mogę wydawać się w porządku. Ale jeśli wstanę, to będę miała 170 cm własnego wzrostu plus 8 centymetrów obcasów. Nawet do ramienia żaden by nie sięgnął. Nic.

W tym momencie włącza się mój mąż, który znał na pamięć wszystkie powiedzonka Minkiewicza i: „rozumiem, że panowie chcą się bawić za moje pieniądze, bo to ja płacę za tę kolację?”

Wyszli. Wśród ciszy tupot podkutych butów. Dwaj milicjanci: „Pójdziecie z nami”. Wyprowadzają mnie i mojego męża, wiozą do Pałacu Mostowskich i w jakiejś piwnicy zaczyna się przesłuchanie. Urodzony, urodzona, ojciec, matka. Mój ojciec bandyta w lesie, jego ojciec w UPA. Oni wszystko wiedzą i najwyraźniej próbują w coś trafić. „poczekaj, ty k…., wyplujesz razem z zębami to, że odważyłaś się obrazić mundur”. Żona? Jaka żona? „K….., nie żona”. I jeszcze: „Zgnijecie tutaj, zanim was świat zobaczy”.

I tak przez kilka godzin, na zmianę honor i kloaka. Wcelowałam w moment, w którym zabrakło mu głosu od wywrzaskiwania wyzwisk. I rozpoczęłam wykład:

„Publiczny dancing to nie to samo co wiejskie wesele, na którym każda dziewucha ma obowiązek tańczyć z każdym parobkiem, bo inaczej dostanie po gębie. Nie prosi się w publicznym miejscu kobiety, która jest w towarzystwie i nie przyszła tam szukać znajomości. Nie będzie mnie uczył manier ktoś, kto sam o nich nie ma pojęcia. Panowie sami obrażają mundury, usiłując w publicznym miejscu zmusić kobietę do świadczenia sobie towarzyskich usług. Gdybym nie była żoną tylko przyjaciółką, już mielibyście prawo mnie tak traktować?”

Jak się później okazało, to była właśnie metoda tych panów. W ten sposób „rwali baby”, aby po ciężkich stresach zapewnić sobie „odpoczynek wojownika”, jeśli Państwo domyślają się, o co mi chodzi.

Ten wykład zakończyłam słowami: „W każdej chwili możemy wam dostarczyć nasze świadectwo ślubu…”.

Jechać! Warknął najniższy z nich. Pojechał milicyjną suką, przywiózł dokument, przepisali sobie dane. Kazali podpisać „tajemnicę”, po czym „wynosić się, ale już…”. Ani słowa przeprosin.

Ten akt afery się zakończył. Ale rozpoczął następny. Trwa do dziś. Bo żyje jeszcze ciężko obrażony na honorze munduru potwór, któremu popsułam plany na jeden wieczór.

            Podobno funkcjonuje jako warzywo. Ale ma przecież podkomendnych. Już któreś z rzędu pokolenie.

Kiedy Stefan Bratkowski pisał o „najdłuższej wojnie nowoczesnej Europy” i powstał z tego niezapomniany serial telewizyjny, myślałam, że mógłby powstać inny, o podobnym tytule: „Najdłuższa wojna formacji, powołanej do ochrony państwa, z jedną babą w nowoczesnej Europie, która się stawia”. Takie określenie o sobie słyszę od dziesięcioleci.

Moi radiowi koledzy, wysłuchawszy całej historii, mieli dla mnie jedną radę: „Idź do partii. Idź tam i opowiedz dokładnie wszystko, to co nam. Nie do pomyślenia, żeby oni tak traktowali ludzi”.

Nie trzeba mi było tego powtarzać dwa razy. I obym nigdy takiej rady nie posłuchała. Po wielu latach w towarzyskiej rozmowie usłyszałam tę historię i pointę: „To była znana historia w wojsku, kapitan K. został za to z wojska wyrzucony”.

Nie trzeba mi było tego powtarzać dwa razy i dlatego cała ta sprawa zawisła nad moim życiem: zawodowym, osobistym, najczarniejszym z czarnych PR-ów, jakie w naszym kraju towarzyszą jednej kobiecie od dziesiątków lat. A teraz ujawniła się nowa uroda służb, mianowicie schizofrenia, która im pozwala za odmowę tańca mścić się za obrazę munduru i honoru przez kilkadziesiąt lat, niszczyć za to życie, a równocześnie, jeśli chcą komuś w naszym kraju zaszkodzić najbardziej - ogłaszają go jednym, jedną ze swoich.

Mówi prawnik: „Ta schizofrenia, to nie jest nieuleczalna przypadłość, ale zamierzony, precyzyjnie stosowany chwyt”. Co smutniejsze, myślę, biorą w nim udział, wprawdzie jeszcze nie opierzone, ale młode orły dziennikarstwa.

            I kiedy Pani mnie pyta, „czy ogólnie rzecz biorąc życie spełniło moje oczekiwania”, odpowiedziałam i w książce i tutaj powtarzam:

„Ogólnie rzecz biorąc – tak.

Zapomniało tylko podać cenę”.

Bo bywa tak, że jedno wydarzenie i jeden sposób zachowania decydują o reszcie życia.

Pozdrawiam, c.d.n.