Blog > Komentarze do wpisu
Czy to da się policzyć?

Czy da się policzyć, ile razy wypowiedzieliśmy, ile razy usłyszeliśmy, ile razy za tydzień wypowiemy nieśmiertelne porzekadło: “Święta, święta i po świętach...”? Nadchodzący świąteczny i poświąteczny przekładaniec da się podzielić na kilka warstw: żywnosciowy, bo jakość jedzenia wpływa na jakość trawienia, złe jedzenie to psucie trawienia, złe trawienie to psucie organizmu, popsuty organizm psuje psychikę, popsuta psychika psuje myślenie, popsute myślenie psuje wszystko wokółl nas, także politykę. Czego właśnie aż do bólu doświadczamy. Znowu doświadczamy.

Jak więc będziemy rozmawiali w nadchodzące Święta?

Ano tak, jak w telewizji i jak ostatnio w publicznym radio: wszyscy równocześnie. A osoby prowadzące zwykle kończą zdanie za osoby wypowiadające. Się. I przez cały czas mówią równocześnie z nimi, bo to teraz, z przeproszeniem, taki dziennikarski sport. Wystarczy, że powiedzą nazwisko tego, którego zaprosili, ale mówić, lepiej lub gorzej, chcą sami. Nieszczęsny słuchacz skazany jest na wyłapywanie pojedynczych słów i z tych pojedynczych tworzy sobie wyobrażenie poglądów, tej, no, elity! Nieszczęsny widz doznaje oczopląsu, śledząc fragmenty sylwetki prowadzącego, bo całość dzięki mozolnej pracy ramion jak cepy wyrzucanych w powietrze, wylatuje z kadru. Czy to tylko życie może przerastać kabaret? Ależ nie, to dyskusje celebrytów przerastają bazar.

A co mnie najbardziej rozczula to te momenty, w których mocarze dźwigający na ich barkach całe stacje telewizyjne, po serii pozowanych portretów własnych, wchodząc na wizję czyli do naszych domów i o dziesiątej wieczorem powiedzą nam słodko: “dzień dobry!”. Dobranoc, mówią chyba żonom o ósmej rano.

I natychmiast po tym wprawiającym w konfuzję powitaniu zapominają, że ludzie cywilizowani rozmawiają po kolei. Nie wcinają się w połowie zdania a ponieważ myśl ma prawo składać się z kilku zdań, to przerwą mówiącemu także w połowie myśli. Czekam i marzę, aby znalazł się ktoś, kto ryzykując zemstę na sobie przez skreślenie, powie: “Jeśli jeszcze raz przerwie mi pan zdanie albo myśl, wstanę i wyjdę ze studia”. I zrobi to!

Jedna zwłaszcza z tych lansowanych dość natarczywie postaci charakteryzuje się zaiste telewizyjnymi talentami: patrzy, nie otwierając oczu, mówi nie otwierając ust, głos, który spod tych przymkniętych się wydobywa, jest głuchy, bez dźwięku i barwy, bez energii i wyrazu. Twarz nieruchoma, zamknięta. Zapewne mówi nawet słusznie, ale trudno się tego domyśleć, bo przede wszystkim robi wrażenie, że nas widzów nie lubi. Czy do telewizji ktoś go zmusza?

Jeśli można by znaleźć wzór na coś antytelewizyjnego, lub a-telewizyjnego, to to jest właśnie ten przypadek.

Postać druga: poza wszystkim co się odmieniło, co nie porywa a może nawet drażnić, jak na przykład spoufalanie się z osobami, którymi winno się szacunek (a są sposoby, by go okazywać), to przynajmniej pozostał wdzięk a to już dużo. No i atrakcyjny wygląd, co już robi wiele. Tyle, że nie każdy 80-latek może być kumplem dla 40-latka. Czasem nie trzeba aż różnicy wieku, żeby różnica była w ogóle widoczna jako taka.

* * *

Czekam także na kogoś takiego, kto na przykład odważy się powiedzieć manieryzującym gwiazdom: “Czy mógłby pan powtórzyć ostatnie zdanie, tym razem otwierając usta?”

Bo taka teraz moda, którą nie telewizja i radio ulicy, ale ulica dyktuje telewizji i radiu: nie otwiera się ust przy mówieniu tak dalece, że nawet z ich ruchu nie można już domyśleć się tekstu. To młodzieżowa ostatnio maniera, uzupełnia ją jeszcze mówienie nie za pomocą krtani, tylko przez nos. A robi to wrażenie jakby wszyscy mieli w tym organie polipy.

Co natychmiast robią z otwartymi ustami? Jedzą! Jeszcze do telewizji nie przeszło, ale przyszłość przed nami. I mówią! Przez tę ilość mielonego w otworze gębowym jedzenia! Bo też nie gryzą małych kęsów, tylko takie i tyle, żeby na twardo wypchały policzki. Nie sposób uniknąć takich widoków, bo teraz młodzież jada na ulicy.

Jak to było u Mistrza: “Wybytna yntelygencja i subtelna kultura”. A jeśli już jedzą w lokalu, to też nie łyżka do ust tylko usta w talerzu, w pozycji na stole leżącej. I z szeroką gestykulacją z udziałem trzymanych w dłoniach noży i widelców. Doprawdy, chronić należy oczy, nawet siedząc przy stoliku obok...

Błagam, proszę mi nie mówić, że rodzice nie mogą nauczyć, bo zapracowani gonią za groszem. Po pierwsze, powodzi nam się coraz lepiej, wciąż o tym czytam u uczonych profesorów, a po drugie, nauczyli by, gdyby “samy tak nie jedly”.

Jeśli już przy jedzeniu

jesteśmy i będziemy

to niedługo przepisy kulinarne będą wisiały na słupach i bilboardach. Naród rozgotował się na potęgę, nie ma sklepu, nie ma stoiska, nie ma dziupli, gdzie nie byłoby stert pierogów. Ich widok przypomina mi pewnego Rosjanina, który wywiadowany w naszym telewizorze podzielił się spostrzeżeniem: “Od kiedy przyjechałem, wszyscy chcą mnie częstować pierogami. I jeszcze jeden ich gatunek nazywają ruskimi. U nas w Rosji nie ma takich pierogów. Według mnie to pewnie będą lwowskie”.

I trafił w sedno! Zdarzyło mi się w pewnej jadłodajni pokazać pewnej Ukraince, jak należy robić te lwowskie pierogi. Ona wpierw ze mną się fotografując, “jak Lwowianka z Lwowianką” [!] wprawdzie zrobiła je jak należy i ugotowała, ale kiedy wyszłam z kuchni, obcięła falbanki, wstawiła na blachę i... upiekła! Nie powiem, jeść się dało, ale to nie było lwowskie, tylko właśnie ruskie.

wtorek, 18 marca 2008, irenadziedzic

Polecane wpisy

  • Odpowiadam

    Szanowny Panie, Młodszy Kolego, Mariuszu Sz.: Śmiałam się przez pół nocy. Okazuje się, że tym razem Pan pozbawił mnie snu. Nie to, żebym chciała się Panu zaraz

  • Cienie, dymy, niewidy

    Śmieszyć, to on nie śmieszy, ale tumani i przestrasza. Niby logiczne: nie chcą podziwiać, nie chcą się zachwycać, nie chcą recenzować? NIECH PRZYNAJMNIEJ SIĘ BO

  • A jednak!

    Jak to było? “…Nadejdzie kiedyś dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my…”. Skąd wiadomo, że nadchodzi? Bo już zaczęli prosić o pardon

Komentarze
master_of_ceremony
2008/03/18 23:26:14
Tyle razy wypowiedzieliśmy "święta i po świętach", ile lat żyjemy, minus te lata, w których nie umieliśmy mówić.
A ile razy wypowiemy? Bóg to raczy wiedzieć, jeśli istnieje:-) Pozdrawiam Panią od "Tele echa";)
-
2008/04/10 01:18:04
Kłaniam się.
Jestem pod wrażeniem bloga. Znalazłem go przez zupełny przypadek. Dlaczego gazeta.pl go nie reklamuje? (A może to zrobiła, tylko byłem nieuważny? Spytam kolegów). Warto - znam wiele osób, którym możliwość obcowania z Panią w takiej formie sprawiłaby wielką przyjemność.
Że będę czytał Pani felieton o lwowskich pierogach, które zamieniają się w ruskie - nie wymarzyłbym sobie we śnie. (Jak widać sny mi szwankują najwidoczniej. Zobaczymy, jak będzie za chwilę, bo jest 1.09.
Acha, podoba mi się, że jest Pani wymagająca - żałuję, że przez "swoją telewizję" przeszedłem tak niechlujnie, ale dzięki Bogu wyszedłem o własnych siłach i na własną prośbę. (Najwidoczniej - mam instynkt samozachowawczy).
Pozdrowienia serdeczne.

PS
Czy jako internautka stosuje Pani skróty "pzdr." lub "pozdro." lub zastosowałaby je? Bo ja oczywiście jak najbardziej. Ciekawi mnie jednak czy przy swoich zasadach dopuszcza Pani wejście w pewną stylistykę, którą łatwo się zakazić w internecie ale która jest jakoś tam ożywcza).
-
Gość: krakowianka, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/09/04 16:52:49
Szanowna Pani,

przez zupełny( no może nie cakiem) przypadek znalazłam Pani blog i jej w nim obecność. Proszę mi pozwolić wyrazić moja głęboką sympatię i podziw dla Pani erudycji, inteligencji i przede wszystkim niepowtarzalnej OSOBOWOŚCI, której absolutnie nie zmienia upływ czasu.
Przesyłam ukłony,
Iwona Kuźminska

-
Gość: janusz.malinowski, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2008/09/20 12:26:53
Szanowna, Pani Redaktor!
Podobnie jak moi "przedpiścy" (p. Szczygieł i p. krakowianka) natknąłem się na pani blog zupełnie przypadkowo, ale już nieprzypadkowo nie potrafiłem się od niego oderwać nie przeczytawszy kilkunastu tekstów i komentarzy do nich. Szkoda, że jak widzę nastąpiła ostatnio dłuższa przerwa w blogowaniu, ale mam nadzieję, że wkrótce będę mógł przeczytać nowe pani refleksje i komentarze.
W związku z jednym z nich, bodajże sprzed roku, chciałbym powiedzieć, że ja również podobnie jak Pani - bardzo cierpię kiedy widzę lub słyszę przejawy analfabetyzmu u ludzi mieniących się dziennikarzami. Obawiam się jednak, że niewiele da się zrobić w tej sprawie, gdyż w pogoni za popularnością i pieniędzmi większość współczesnych przedstawicieli zawodu dziennikarskiego nie zważa kompletnie na takie "drobiazgi" jak czystość i piękno języka. Jeszcze gorzej, że nie zwracają na to uwagi właściciele i zarządcy stacji radiowych i telewizyjnych. To przykre.
I chociaż zgodnie ze starym rosyjskim powiedzeniem wsiech knig nie proczitasz, wsiej wodki nie wypijosz... (itd. :), to starać się trzeba! Próbujmy więc dbać o ten nasz biedny język przynajmniej tu, w internecie, skoro tylko takie mamy obecnie możliwości. Pani wystąpienie w tej sprawie w swoim blogu utwierdza mnie w przekonaniu, że również moje skromne starania w tej materii mogą być pożyteczne i mają sens.
Bardzo serdecznie Panią pozdrawiam i życzę wielu dalszych celnych publikacji.
Janusz Malinowski
(kolega po fachu o nieco krótszym stażu)
-
Gość: walstof, *.adsl.inetia.pl
2010/03/07 18:43:00
Jasna Pani, jakże się cieszę, że nadal udzielasz się w mediach. Ty nawet o ruskich pierogach piszesz dowcipnie i z polotem. Jednak nie mam złudzeń, że TV zbliży się do poziomu z lat 60. Starsi Panowie, Tele-Echo, Teatr Telewizji, prawdziwe seriale, które ogląda się przez całe życie z jednakową przyjemnością czyli "Wojna domowa", "Czterej pancerni" - to już nie wróci i trzeba się z tym pogodzić, choć serce boli. Ale szlag mnie trafił potężny, kiedy przeczytałam, że to co było, jest niszczone (!) na polecenie kolejnych eminencji. Ja cały czas miałam nadzieję, że któregoś pięknego dnia TVP udostępni swoje przepastne archiwum i będę mogła dzień i noc oglądać wszystkie genialne programy, na które nie załapałam się będąc dziecięciem. A tu figa z makiem, bo Jej Płaskość Terentiew zrobiła taki numer. Pewnie z zawiści, bo Pani jest rasową damą a ona z rasy ma co najwyżej podobieństwo do buldoga francuskiego.
Szanowna Pani, martwi mnie, że ostatni wpis na blogu pochodzi z roku 2008, mam nadzieję, że zdrowie dopisuje i nie zadziobały Pani kruki i wrony. Bardzo będę szczęśliwa, jeśli umieści Pani nowy wpis, choćby nawet był miażdżącą krytyką mojego komentarza. Ba, jeśli odniesie się Pani chociaż jednym słowem do niniejszej wypowiedzi, to nie posiądę się z radości, bo nigdy w życiu nawet nie marzyłam o wymianie myśli z Ireną Dziedzic. Pani to nie zaszkodzi a mnie z pewnością pomoże.
Serdecznie pozdrawiam z Kołobrzegu.
Ola