Blog > Komentarze do wpisu
Kto wymyślił "TELE-ECHO"?

            Nie ja.

           Sam pomysł „TELE-ECHA” przywiozła zza granic Mira Michałowska. We francuskiej telewizji „chodził” wówczas codzienny program (lokalny, w rodzaju naszego późniejszego „Kuriera Warszawskiego”), pod nazwą „TELE – PARIS”.

            Przyznaję się: za wszystko, co potem przez 25 lat działo się z „TELE ECHEM” i w „TELE-ECHU”, odpowiedzialność spada na mnie. Nieskromnie myślę, że także Państwo ten program pamiętają, bo skoro do mnie o nim piszą? Jak się mogą mieć 9 lat ("Studio 2" od 1974 do 1983) w stosunku do 25-ciu lat własnego autorstwa? Ano tak, że właśnie teraz uroczyście ogłoszę, że „TELE-ECHO” było i pozostało programem  l e g e n d a r n y m. A co!

            Mnie do „TELE-ECHA” wymyśliła Mira Michałowska. Jak to się odbyło, napisałam w tej skonfiskowanej książce. Skoro jednak była skonfiskowana, mogę Państwu to opowiedzieć teraz. Więc: Żaden układ, po prostu znałyśmy się z widzenia, z różnych imprez w Stowarzyszeniu Dziennikarzy, z loży prasowej w Sejmie a w radio znalazł mnie Stanisław Cześnin i zaprosił na spotkanie.

            Więc…

„…na tym spotkaniu poznaję jego, wygadany, sympatyczny, młody człowiek, dziennikarz, podówczas już spikerujący w telewizji, oraz witam się z panią, zachwycającą, adorowaną, piękną i wytworną ambasadorową Michałowską.

W prasie brytyjskiej tamtego czasu często o niej pisano i obfotografowano, najwyraźniej jako kogoś z tamtejszego towarzyskiego top-u.

Mira Michałowska, czyli Maria Zientarowa z „Przekroju”. Dziennikarka, tłumaczka, pisarka i dama. Niepojęty wyjątek wśród pań z naszej dyplomacji, „skądinąd słusznie zwanej ludową” (autor: Jerzy Waldorff). Świeżo po powrocie z Londynu, gdzie jej mąż, Jerzy Michałowski, właśnie zakończył misję ambasadorską (urzędowo nazywaną „dyplomatyczną”).

W Warszawie opowiadano o jego udziale w sukcesie, jakim było odzyskanie polskiego złota po wybuchu wojny, cudem zdeponowanego w Wielkiej Brytanii. Z tym, że w owym czasie wiedziało się o zwrocie oficjalnego depozytu, a raczej nie mówiło się o tajnych funduszach, czyli o FON-ie, nad którym jeszcze do dziś wisi wielki znak zapytania. Czy to wszystko? A jeśli nie wszystko, to gdzie jest reszta?

Podobnie, jak w jakiś czas później też tylko opowiadało się o tym, jak to było z naszymi arrasami, Szczerbcem i Psałterzem, które w wyniku starań ambasadora Michałowskiego i wydatnej pomocy światowej sławy artysty Witolda Małcużyńskiego, także powróciły do kraju statkiem pod szwedzką banderą. Znawcy przedmiotu, panowie profesorowie, wśród których zapamiętałam nazwisko prof. Szabłowskiego, ambasador Michałowski i maestro Małcużyński doszli do wniosku, że zbyt wielkim ryzykiem byłby transport samolotem.

Jak wspomniałam, o tym wszystkim tylko się opowiadało, bo nie sposób było się dowiedzieć z gazet czy radia. Żaden człowiek, niezależnie od tego, jak wielkie były by jego osobiste przymioty, jak cenne towarzyskie kontakty i skuteczny prestiż, nie miał prawa odnieść takiego sukcesu. Sukces należał się jedynie władzy ludowej jako ciału zbiorowemu.

Z anegdot towarzyszących tamtemu wydarzeniu zapamiętałam tę, która dotyczyła samych rokowań już na miejscu, w Kanadzie, na temat zwrotu naszych narodowych skarbów.

Wszystkie wysokie układające się strony stanęły w jednym domu: na parterze ambasador Michałowski, jako przedstawiciel rządu „warszawskiego”, na pierwszym piętrze delegat rządu londyńskiego, na drugim Witold Małcużyński.

Panowie Michałowski z Małcużyńskim odwiedzali się, przenosząc koniak z parteru na drugie piętro i z powrotem, a na pierwsze piętro wstępował wyłącznie pan Małcużyński – bo po pierwsze mieszkał stale na Zachodzie i był artystą zachodnim – a wstępował na inny koniak, jak należy się domyślać – ponieważ Londyn nie chciał spotkać się z Warszawą nawet na schodach i nawet przy tej samej marce trunku. I – czy to koniaku było już dość, czy brzask zajrzał w okna – dwaj dyplomaci za pośrednictwem pianisty zawarli ugodę. Nie można nie przyznać, że jednak najwięcej nachodził się maestro Małcużyński: polskie skarby miały być przekazane Warszawie.

Dalej też nie było prosto. Wprawdzie skrzynie znalazły się w budynku polskiej ambasady, ale z produktów dostarczonych przez przedstawicieli rządu londyńskiego robiła kanapki komunistyczna sekretarka, wobec czego pozostały nietknięte przez stronę londyńską.

Wśród tych problemów prawdziwe zmartwienie mieli panowie profesorowie, w jakim też stanie, po latach przechowywania w piwnicy, znajdują się polskie skarby. Okazały się być w świetnym stanie i w takim też wróciły do kraju”.

            Tyle mego cytatu z mojej książki (ktoś to musi zrobić, nie?… ). I zamykając historię wymyślenia mnie do "TELE-ECHA", wyznam Państwu dzisiaj, że niewielką miałam ochotę, by zostawiać radio i przechodzić do jakiejś telewizji. Gdybym wówczas potrafiła sobie wyobrazić, czym ona stanie się w moim życiu, jaką zawiść i nienawiść będzie budziła moja tam praca, pewnie umiałabym nie przyjąć propozycji, choć jeszcze dziesięciolecia musiały minąć, zanim pojawiło się pojęcie asertywności (umiejętność mówienia „nie”). Ale przeszedł już do anegdoty argument, którym Mira mnie przekonała: „Nie denerwuj się, tego i tak nikt nie będzie oglądał”. Gdybym miała wskazać główną cechę jej osobowości, bez wahania wymieniłabym wdzięk. Wdzięk intelektualny, towarzyski i osobisty. Do dziś ten wdzięk jest wyraźny w jej twórczości, zwłaszcza felietonowej.

Jerzy i Mira Michałowscy. Fot. Archiwum R. Matuszewskiego

Nie ma już Miry Michałowskiej. Kilka lat wcześniej umarł Jerzy Michałowski. Mówiono o nich obojgu, że tworzyli ten rodzaj partnerstwa, który zawierał się w określeniu: „każdy ambasador chciałby mieć przy sobie taką ambasadorową".

Odeszła 19 sierpnia 2007, pogrzeb odbył się 27-go a wiadomość o jej śmierci zaistniała publicznie w dzień po pogrzebie.

Ktoś z naszych wspólnych znajomych: „…Elegancko, jak prawdziwa dama. Po angielsku”.

Przeszła do legendy. Naprawdę od dawna w niej była.

Pozdrawiam, c.d.n.

*   *   *

Ad. Passent:

1) Pierwszego „TELE-ECHA” NIE PROWADZIŁ „w zaraniu Edward Dziewoński a potem Irena Dziedzic”.

tylko

od 26 marca 1956 r. Dziedzicówna - Dziewoński. Tenże po kilku programach poszedł do Andrzeja Munka, aby zagrać w „Zezowatym szczęściu”.

2) Minister Edward Sznajder NIE WYSTĄPIŁ w pierwszym programie „TELE-ECHA"

tylko

w dziewiątym z kolei, a w teczce nie przyniósł jabłek zagranicznych,

tylko

KRAJOWE (z Instytutu Sadownictwa w Skierniewicach od prof. Szczepana Pieniążka).

Ach, ta nonszalancja młodzieży dziennikarskiej wobec dłuższych życiorysów.

PS. Istnieją wszystkie scenariusze wszystkich "TELE-ECH", które przez 25 lat były redagowane i prowadzone przeze mnie.

 

czwartek, 06 września 2007, irenadziedzic

Polecane wpisy

  • Odpowiadam

    Szanowny Panie, Młodszy Kolego, Mariuszu Sz.: Śmiałam się przez pół nocy. Okazuje się, że tym razem Pan pozbawił mnie snu. Nie to, żebym chciała się Panu zaraz

  • Cienie, dymy, niewidy

    Śmieszyć, to on nie śmieszy, ale tumani i przestrasza. Niby logiczne: nie chcą podziwiać, nie chcą się zachwycać, nie chcą recenzować? NIECH PRZYNAJMNIEJ SIĘ BO

  • Obrona źle widziana

    Za pomówienie, artykuł 212 kodeksu karnego przewiduje do 2 lat. Na początek ustanawia się tylko jeden rok na wniesienie pozwów, żeby jak najszybciej zastosować

Komentarze
Gość: jazzy, *.static.telsat.wroc.pl
2011/05/28 20:18:02
Witam,
czy możliwe jest zdobycie odcinka programu Tele-Echo z 1958r., w którym gościem był Stanisław Grzesiuk? Bardzo mi na tym zależy. Bardzo bardzo.
pozdrawiam,
marta